Nasze Radio Logos nadaje. Program na 24.08.2016: Prof. T. Marczak: Przemówienie pod Konsulatem Niemiec - godz. 1:00, 10:00, 19:00, 24:00. Janusz Dobrosz: Polityczno prawne aspekty układu poczdamskiego - godz. 1:30, 10:30, 19:30. Prof. M. Dyżewski: Muzyczny ogród Panny Maryi - godz. 2:00, 11:00, 20:00. Prof. R. Szeremietiew: Geocywilizacyjne zagrożenia dla bezpieczeństwa Polski, cz. 1 - godz. 3:00, 12:00, 21:00. Prof. T. Marczak: Perspektywy rozwoju kwestii ukraińskiej, cz. 1 - godz. 3:30, 12:30, 21:30. Prof. T. Marczak, cz. 2 - godz. 4:35, 13:35, 22:35. L. Żebrowski: Zdrajcy i Bohaterowie, cz. 1 - godz. 6:00, 15:00. L. Żebrowski: Zdrajcy i Bohaterowie, cz. 2 - godz. 7:15, 16:15. Dr S. Krajski: Polska i masoneria. W przededniu wielkiego krachu, cz. 1 - godz. 8:00, 17:00. Dr S. Krajski, cz. 2 - godz. 9:30, 18:30. Między audycjami muzyka.
Nasze Radio Logos - ramówka

Ostatnie komentarze
Z działu "Aktualności":
oraz z pozostałych stron:


Polecane artykuły
Najnowsze artykuły

Tagi

Aktualności

  

Nic odkrywczego nie napiszę, gdy wspomnę, że jeśli człowiek zwątpi w możliwość wyleczenia, nie są w stanie pomóc mu nawet najnowocześniejsze osiągnięcia sztuki medycznej. Ja wiem, że należało by - w terminalnych przypadkach - jakoś przygotować go do momentu zejścia z tego świata, ale najważniejsza tu, moim zdaniem, jest metoda, jaką się w tej materii posługujemy. W opisywanym wcześniej przypadku, to właśnie chyba ona zawiodła. Pacjent już sam siebie spisał na straty, co jednocześnie sprawiło, że dalsze leczenie byłoby mało albo zupełnie nieskuteczne. A jednak KTOŚ zadziałał. I przyszła refleksja.
07.09.2014r.


„Bo gdzie są dwaj albo trzej zebrani w imię Moje, tam jestem pośród nich”.

      Nieco więcej niż „dwóch albo trzech” zebrało się w miejscowej świątyni w ostatnim tygodniu. Przeżywaliśmy chwile doprawdy wyjątkowe, goszcząc u nas Obraz Miłosierdzia Bożego oraz relikwie śś. S. Faustyny i Jana Pawła II. Zewnętrzna symbolika, a wewnętrzna łaska. I, naturalnie, o tę drugą stronę, niewidzialną dla ludzkiego oka, ale bez wątpienia realną, przede wszystkim chodzi. Przecież liczy się głównie nasze wnętrze. Właśnie tam rodzą się najpiękniejsze porywy, które czynią nas i nasze otoczenie choć odrobinę lepszymi. Trzeba jednak – oby jak najczęściej – naszego ducha umacniać. Właśnie tym umocnieniem była wspomniana peregrynacja. Za wcześnie jeszcze mówić o jej owocach. Zresztą nie wiem czy w ogóle można mówić, bo jest to rzeczywistość niemierzalna. Zatrzymajmy się więc może na tym, co – choć w nieudolny sposób – można przedstawić w krótkim tekście.

      Skoncentruję się dzisiaj na jednym świadectwie. Otóż pewien jegomość, od wielu lat zmagający się z różnego rodzaju chorobami, postanowił modlić się o Boże wsparcie w pokonywaniu swoich słabości, korzystając z „protekcji” św. Jana Pawła II. Wielokrotnie, w drobnych dolegliwościach, wzywał wstawiennictwa świętego Papieża i to z dobrym skutkiem. Nawet zaczął często powtarzać: „Jan Paweł II to mocny święty”. Przyszła jednak chwila większej próby. Niespodziewanie zaczął odczuwać dotkliwe bóle, co w konsekwencji znalazło swój finał w szpitalu. Tam dalej usiłował pokonać chorobę, prosząc o wsparcie Tego, który sam doskonale wiedział czym dla człowieka jest cierpienie. Ale jakoś ta pomoc nie nadchodziła. Dolegliwość długo nie mijała, chociaż zabiegi lekarzy nieco ją okiełznały. Nie dawali jednak rady dotrzeć do źródła. Zaczęło się dotyczącemu wydawać, że Jan Paweł II może w tym względzie jest jednak nieco przereklamowany albo ma na razie do czynienia z „cięższymi przypadkami”. Na tym nie koniec. Po badaniach okazało się, że internista zaczął mieć podejrzenia zaistnienia zupełnie innej dolegliwości, niestety śmiertelnej, co owego chorego całkiem „przyłamało”. Pomimo faktu wcześniejszego niedocenienia św. Papieża wciąż szturmował modlitewnie niebo, za jego wstawiennictwem, by ta hiobowa wieść się nie ziściła. Wszystko jednak wskazywało na to, iż diagnoza jest niepodważalna. Pogodzony z losem, bardziej z nakazu niż wewnętrznego przekonania, pojechał na specjalistyczne badania do innego szpitala, będąc przekonany, że to w zasadzie strata czasu. Tam jednak, niemal natychmiast, specjalista wskazał na błędy w diagnozie swoich kolegów i zebrawszy konsylium wydał nowe orzeczenie, z którego wynika, iż w tej materii nie ma żadnych zagrożeń, a domniemana choroba nie ma miejsca i po prostu nie istnieje. Potwierdziła to grupa internistów, wydając stosowne oświadczenie. Chory wrócił z dalekiej podróży. I tutaj powstaje jeszcze jeden problem. Chodzi o etykę lekarską. Pozostaje otwartym pytanie, czy informować pacjenta o stanie jego zdrowia, czy też nie? Uważam, że tak, ale nie do końca. W moim osobistym przekonaniu bowiem ważniejsze jest co innego. Otóż nie powinno się do końca pozbawiać go nadziei, bo ona umiera ostatnia. Nic odkrywczego nie napiszę, gdy wspomnę, że jeśli człowiek zwątpi w możliwość wyleczenia, nie są w stanie pomóc mu nawet najnowocześniejsze osiągnięcia sztuki medycznej. Ja wiem, że należało by – w terminalnych przypadkach – jakoś przygotować go do momentu zejścia z tego świata, ale najważniejsza tu, moim zdaniem, jest metoda, jaką się w tej materii posługujemy. W opisywanym wcześniej przypadku, to właśnie chyba ona zawiodła. Pacjent już sam siebie spisał na straty, co jednocześnie sprawiło, że dalsze leczenie byłoby mało albo zupełnie nieskuteczne. A jednak KTOŚ zadziałał. I przyszła refleksja. Przy mniejszym schorzeniu wstawiennictwo św. Jana Pawła nie „zadziałało”. Nie można było jednak – jak się okazało – rezygnować z Jego „usług”. Swoją cudotwórczą moc okazał bowiem wtedy, kiedy był naprawdę potrzebny.

      Zdziwi pewnie P.T. Państwa, że piszę o tej sprawie w ten sposób. Otóż nie ma w tym nic dziwnego, ponieważ tak tę sprawę postrzegam. Jestem bowiem przekonany, że to właśnie wstawiennictwo Wielkiego Rodaka, wzywane przez więcej niż „dwóch albo trzech” (o czym też mi wiadomo) pozwoliło temuż choremu nie tylko wyzdrowieć z pierwotnej dolegliwości, która zawiodła go w szpitalne mury, ale przede wszystkim – póki co – pozostać przy życiu. Spytacie: A skądże ta pewność? A z tej prostej przyczyny, że to ja byłem tym pacjentem.

      Przed Obrazem Jezusa Miłosiernego oraz relikwiami śś. S. Faustyny i Jana Pawła II dziękowałem za te niezasłużone łaski. A Państwu z serca i z głębokim przekonaniem, popartym osobistym doświadczeniem, polecam modlitwę za wstawiennictwem Papieża Polaka. To naprawdę MOCNY ŚWIĘTY.

/ks. Wiesław Multan/



Nasze blogi:











Komentarze
#1 | XWM dnia 07.09.2014
Dzięki za słowa wsparcia. Co prawda jeszcze trwa moja rekonwalescencja, ale - póki co - powoli wracam do stanu "używalności". Chciałbym dodać w tym miejscu, że generalnie bardzo cenię lekarzy, którzy przed kilkunastu laty zrobili wszystko, by mi uratować życie. Jestem pełen wdzięczności względem nich i staram się to wynagradzać pamięcią modlitewną. Pozdrawiam
#2 | Kazia dnia 07.09.2014
Niektórzy lekarze nauczyli się traktować swoją profesję i siebie jakby byli w stanie wyręczy Stwórcę. Powtórzę za Ka: cieszę się że wszystko dobrze się skończyło.

Pozdrawiam
#3 | Ka dnia 07.09.2014
Czyli wszystko się dobrze skończyło... ciesze się
Pozdrawiam
#4 | Jacek Mruk dnia 07.09.2014
Wiara to podstawa, a nadzieja wsparcie naszego życia. Bez nich brakuje nam drogowskazu.
Życzę dużo zdrowia i unikania tych pierwszych lekarzy ,którzy odbierają nadzieję.
Pozdrawiam
Dodaj komentarz
Tylko zarejestrowani użytkownicy mogą dodawać komentarze

ZALOGUJ SIĘ aby móc dodać komentarz.

ZAREJESTRUJ SIĘ aby móc dodać komentarz.

Powrót na stronę główną