Nasze Radio Logos nadaje. Program na 24.08.2016: Prof. T. Marczak: Przemówienie pod Konsulatem Niemiec - godz. 1:00, 10:00, 19:00, 24:00. Janusz Dobrosz: Polityczno prawne aspekty układu poczdamskiego - godz. 1:30, 10:30, 19:30. Prof. M. Dyżewski: Muzyczny ogród Panny Maryi - godz. 2:00, 11:00, 20:00. Prof. R. Szeremietiew: Geocywilizacyjne zagrożenia dla bezpieczeństwa Polski, cz. 1 - godz. 3:00, 12:00, 21:00. Prof. T. Marczak: Perspektywy rozwoju kwestii ukraińskiej, cz. 1 - godz. 3:30, 12:30, 21:30. Prof. T. Marczak, cz. 2 - godz. 4:35, 13:35, 22:35. L. Żebrowski: Zdrajcy i Bohaterowie, cz. 1 - godz. 6:00, 15:00. L. Żebrowski: Zdrajcy i Bohaterowie, cz. 2 - godz. 7:15, 16:15. Dr S. Krajski: Polska i masoneria. W przededniu wielkiego krachu, cz. 1 - godz. 8:00, 17:00. Dr S. Krajski, cz. 2 - godz. 9:30, 18:30. Między audycjami muzyka.
Nasze Radio Logos - ramówka

Ostatnie komentarze
Z działu "Aktualności":
oraz z pozostałych stron:


Polecane artykuły
Najnowsze artykuły

Tagi

Aktualności

  

W czasach, gdy byłam nastolatką może nie tyle cała proza iberoamerykańska była modna, co właśnie Julio Cortázar. Pamiętam moment jak mnie oświeciło, że to właśnie on napisał opowiadanie, które stało się pierwowzorem „Powiększenia” Antonioniego, pamiętam zachwyty koleżanek (też nastolatek). Wystarałam się więc o mój własny egzemplarz „Gry w klasy” i zaczęłam się ambitnie przez niego przedzierać.
16.01.2014r.


      W czasach, gdy byłam nastolatką może nie tyle cała proza iberoamerykańska była modna, co właśnie Julio Cortázar. Pamiętam moment jak mnie oświeciło, że to właśnie on napisał opowiadanie, które stało się pierwowzorem „Powiększenia” Antonioniego, pamiętam zachwyty koleżanek (też nastolatek). Wystarałam się więc o mój własny egzemplarz „Gry w klasy” i zaczęłam się ambitnie przez niego przedzierać. Mogłam mieć wtedy z 16 lat, ale pamiętam, że czytałam, a właściwie pochłaniałam każde słowo drukowane. Najlepiej mi chyba szło czytanie po kryjomu „Rzymianki” Alberto Moravii, którą przeczytałam tylko dlatego, że mama zabroniła mi jej dotykać. Zgodnie z regułą, że zakazany owoc najlepiej smakuje.

      W „Grze w klasy” dodatkowo pociągnęło mnie posłowie napisane przez tłumaczkę powieści na język polski, Zofię Chądzyńską, która opisała następujące zdarzenie:

      „Kiedyś zobaczyłam u młodej malarki leżący na półce egzemplarz Gry w klasy, dziwnie jakoś szczupły, związany wstążką do włosów. „Rozmawiam z moim chłopakiem za pomocą tej książki. O czymkolwiek mówimy, wyszukujemy u Cortázara odpowiedzi, on w swoim egzemplarzu, ja w moim. Jest tu wszystko, co może być myślącym ludziom potrzebne do rozmowy. Po prostu wyrywamy więc kartkę po kartce...”

      Była ze mnie dość butna nastolatka, więc pamiętałam jak wtedy pomyślałam: „O! Ludziom myślącym! To coś dla mnie!”

      Nie bez powodu jednak napisałam wcześniej, że zaczęłam się przedzierać przez „Grę w klasy”, bo z „normalnym” czytaniem nie miało to nic wspólnego. Czytałam nie rozumiejąc absolutnie niczego! Za dużo nazw, zbyt wiele imion, jakieś nieznane mi klimaty, obca, odległa rzeczywistość, odwoływanie się do dzieł i autorów, których nie znałam, nielinearny układ powieści, jakieś z „Z różnych stron ( rozdziały, bez których można się obejść)”! Skandal. Dość powiedzieć, że cisnęłam książkę w kąt i tak się, na długie lata, moja przygoda z Cortázarem zakończyła.

      Wydaje mi się, że sięgnęłam po książkę kolejny raz po moim pierwszym pobycie w Paryżu. Zanim bowiem „Gra w klasy” zaliczyła w moim domu solidny łomot o podłogę, zdążyłam odnotować, że Julio Cortázar (urodzony w Brukseli 26 sierpnia 1914 r., ale rodzice byli Argentyńczykami) wiele lat spędził w Paryżu (gdzie zmarł 12 lutego 1984 r.) i w specyficzny dla siebie sposób opisywał atmosferę tego miasta. Dopiero wtedy „Gra w klasy” stała się lekturą na tyle fascynującą, że natychmiast sięgnęłam po jego opowiadania, po „Wielkie wygrane”, „Opowieść o kronopiach i famach”, zupełnie niesamowity zbiorek opowiadań „Nikt, byle kto…”, „Ostatnią rundę”.

      Cóż? Młoda malarka z „Posłowia” Chądzyńskiej miała rację. I mnie się zdarza posługiwać się „kartkami” z „Gry w klasy” w rozmowach z ludźmi, a zaprzyjaźnienie się z tą twórczością jest dla mnie o tyle cenne, że zrodziło się w sposób dojrzały, gdy tzw. moda na Cortázara dawno przeminęła.

      Polecam (jeśli mogę sobie pozwolić) tym wszystkim, którym pisarz ten nie jest znany lub zdążyli już o nim zapomnieć. Jeśli ktoś lubi zabawę słowem, filozoficzne rozważania o rzeczywistości, w której tkwimy, wertowanie kartek książki nie koniecznie po kolei – to „Gra w klasy” jest właściwą lekturą. Pozwala też, co dla mnie stanowi nadwartość, pobłądzić trochę ulicami Paryża…
Na zachętę, mam nadzieję, jeden z moich licznych, ulubionych fragmentów „Gry w klasy” (z tych, co to można się bez nich obejść!)

105

MORELLIANA

      Myślę o zapomnianych gestach, o rozlicznych pozach i słowach pradziadów, o tych wszystkich rzeczach, powoli zapominanych, nie odziedziczonych, jedne za drugimi opadających z drzewa czasu. Tej nocy znalazłem na stole świecę, dla zabawy zapaliłem ją i przeniosłem przez korytarz. Ruch powietrza o mało co nie zgasił jej, wtedy moja ręka sama uniosła się, aby skulić się i osłonić płomień żywym abażurem, ochraniając go przed powiewem. Podczas gdy ożywiony płomień prostował się, pomyślałem, że był to gest nas wszystkich (pomyślałem nas wszystkich, i dobrze pomyślałem) przez tysiące lat, przez całą Erę Ognia, dopóki nie zastąpiono go elektrycznym światłem. Wspomniałem inne gesty, gest kobiet unoszących spódnicę, mężczyzn - chwytających za szpadę. Niby zagubione słowa dzieciństwa, po raz ostatni zasłyszane z ust odchodzących przodków. Nikt już nie mówi w moim domu „modrzewiowa komoda”, nikt nie wspomina „konsolki”. Jak dawne melodie, walce z lat dwudziestych, jak polki, które wzruszały naszych dziadów.
Myślę o przedmiotach, kasetkach, rzeczach, które od czasu do czasu odkrywa się na strychach, w kuchniach, w starych spiżarniach, i nikt już nie jest w stanie wytłumaczyć, do czego służyły.

      Próżnością jest myśleć, że rozumiemy działanie czasu: grzebie on swoich zmarłych i chowa klucze. Jedynie w snach, w poezji, w zabawie - zapalić świecę i przenieść przez korytarz - z rzadka pochylamy się nad tym, czym byliśmy ongi, zanim staliśmy się tym, czym ewentualnie teraz jesteśmy.”

/Ossala/



Nasze blogi:









Komentarze
#1 | Kazia dnia 17.01.2014
On w ogóle miał takie trafne uwagi o zamiłowaniu Niemców do porządku. To co przewidział, że gdy władzę obejmie jakiś chory człowiek to posłuszeństwo Niemców będzie miało tragiczne skutki. A na temat nauki języka nie miał kompleksów. Przyjął że Anglicy są leniami i nie nauczą się żadnego.
#2 | ossala dnia 17.01.2014
Mnie się bardzo spodobało, jak mówił (podczas "słuchania" tych arii), że mu było wstyd, bo nic nie rozumiał i nie wiedział nawet, kiedy klaskać, etc.
Wyznał wtedy, że niemieckiego uczył się w szkole, przez lata nauki zdołał zapamiętać jedynie kilka słów, które po zdaniu matury natychmiast zapomniał i, z niezrozumiałych powodów, zrobiło mu się lżej.
#3 | Kazia dnia 17.01.2014
W ogóle o Niemcach miał świetne uwagi! Te o regulacji krajobrazu - to była dopiero zabawa. a o szlaczku na serwetce który jego córka musiała zrobić w szkole? i roli kobiet? dopiero wtedy załapałam że to powieść z czasów wiktoriańskich, bo opisywane żony były coś mało pokorne jak na obiegowe opinie o tamtych czasach.
#4 | ossala dnia 17.01.2014
A pamiętasz, jak stryj Poger (mogłam przekręcić pisownię) zabrał się za wieszanie obrazu na ścianie? I zaczął od wbijania gwoździa? Pękałam ze śmiechu...
Już nie powiem o refleksjach narratora podczas słuchania arii operowych po niemiecku.
Przepiękna, a tak niepozorna książeczka.
Uwielbiam taki styl pisania.
Obok Cortázara i Márqueza .. Grin.
Tylko każdy z nich jest na inny nastrój.
#5 | Kazia dnia 17.01.2014
Pewnie że czytałam! Wspaniała książka. Ubawiła mnie niesamowicie. Pamiętasz ten kawałek o tym gdy narrator poszedł do znajomych i ich dzieci wyciągnęły go do zabawy a potem dostał burę od ich matki? albo właśnie ich podróż, jego i jego przyjaciół łódką i zwiedzanie zabytkowego domu z boazerią. Masakrycznie śmieszne. Smile
#6 | ossala dnia 17.01.2014
Kaziu, ciekawi mnie co byś powiedziała (bo nie wiem czy czytałaś) na "Trzech panów w łódce, nie licząc psa"?
Bo tę książkę to po prostu MUSISZ przeczytać i pokochać - jeśli ta przygoda jest jeszcze przed Tobą.
Co się zaś tyczy Nobli. Nie są one dla mnie jakimś wyznacznikiem, bo jest wielu takich, którzy mnie nie urzekli, ale "Sto lat..." i bez Nobla mnie akurat by pochłonęło.
#7 | Kazia dnia 17.01.2014
A co do Stu lat... ależ Ossalo ja nie neguję, ze ta książka może się podobać. Na pewno może. Nie przeczę. a że ja nie poczułam do niej bluesa? taka karma Smile
#8 | Kazia dnia 17.01.2014
Masz rację, jeśli czytam powieści, a ostatnio coraz rzadziej, to sięgam to książek takich zwyczajnych co to nie silą się na nie wiadomo jak strasznie "ambitne" dzieło ale po prostu są "o czymś". Lubię książki z fabułą. I może to być cykl wielotomowy. Nagroda Nobla nie jest niestety dla mnie wyznacznikiem. Wśród nagrodzonych są dziwne typy, zwłaszcza w ostatnim 30-leciu. Co do Umberto Eco - Wahadła nie znoszę, ale Filary nieba przeczytałam z przyjemnością. Lubię też jego "zapiski na pudełkach do zapałek". Kryminały? Fajne, o ile ma się czas. Kiedyś natrafiłam na cykl niejakiego Saylora, opisuje życie pewnego, nazwijmy go "detektywa" choć był to po prostu skryba żyjący w Cesarstwie Rzymskim w czasach Cycerona, u schyłku dynastii juliańskiej. Fajnie napisane, bo oprócz świetnej akcji było też dużo informacji takich z epoki, o życiu Rzymian na prowincji, o sytuacji niewolników, wojsku rzymskim itd.
#9 | ossala dnia 17.01.2014
Kaziu, być może masz zbyt jednokierunkowe podejście do książek? Nie wiem. Ośmielam się pytać tylko dlatego, że mówimy o laureatach Nagrody Nobla, więc może jednak coś jest w "Stu latach samotności"?...GrinGrinGrin
Mam dni, gdy chcę zapomnieć o wszystkim, więc szukam na półce wciągającego kryminału, przy którym zapominam o bożym świecie, po inne książki sięgam, gdy się chcę czegoś nowego dowiedzieć... Żeby daleko nie szukać, ostatnio czytałam np. "Tajemnice rodu Romanowów" (tak na marginesie, uwielbiam takie wielopokoleniowe opowieści).
A są dni, gdy sama nie wiem, o co mi chodzi, więc sięgam po takie zabawy słowem i ze zdumieniem zaczynam dostrzegać, że to tylko pozornie zabawa...
#10 | ossala dnia 17.01.2014
Arturze, Kaziu - dzięki. Tak właściwie to się sama przekonałam, że warto, a raczej że nie można się dać zaszczuć jakimś wirtualnym byto, co do których nie wiadomo nawet pod wpływem i czego i z jaką zawartością tego samego (!!!) dziobią w klawiaturę.
Anonimowość w sieci jest jednak dla ludzi z klasą.
Dodaj komentarz
Tylko zarejestrowani użytkownicy mogą dodawać komentarze

ZALOGUJ SIĘ aby móc dodać komentarz.

ZAREJESTRUJ SIĘ aby móc dodać komentarz.

Powrót na stronę główną