Nasze Radio Logos nadaje. Program na 24.08.2016: Prof. T. Marczak: Przemówienie pod Konsulatem Niemiec - godz. 1:00, 10:00, 19:00, 24:00. Janusz Dobrosz: Polityczno prawne aspekty układu poczdamskiego - godz. 1:30, 10:30, 19:30. Prof. M. Dyżewski: Muzyczny ogród Panny Maryi - godz. 2:00, 11:00, 20:00. Prof. R. Szeremietiew: Geocywilizacyjne zagrożenia dla bezpieczeństwa Polski, cz. 1 - godz. 3:00, 12:00, 21:00. Prof. T. Marczak: Perspektywy rozwoju kwestii ukraińskiej, cz. 1 - godz. 3:30, 12:30, 21:30. Prof. T. Marczak, cz. 2 - godz. 4:35, 13:35, 22:35. L. Żebrowski: Zdrajcy i Bohaterowie, cz. 1 - godz. 6:00, 15:00. L. Żebrowski: Zdrajcy i Bohaterowie, cz. 2 - godz. 7:15, 16:15. Dr S. Krajski: Polska i masoneria. W przededniu wielkiego krachu, cz. 1 - godz. 8:00, 17:00. Dr S. Krajski, cz. 2 - godz. 9:30, 18:30. Między audycjami muzyka.
Nasze Radio Logos - ramówka

Ostatnie komentarze
Z działu "Aktualności":
oraz z pozostałych stron:


Polecane artykuły
Najnowsze artykuły

Tagi

Aktualności

  

Nie pamiętam kiedy nadszedł ten moment, właściwie nagłe olśnienie, że choćbym nie wiem jak chciała, mój Tata nie będzie żył wiecznie i wszystkie swoje wspomnienia zabierze ze sobą. Może w chwili, gdy umarła moja Babcia? Taka niezwykle mądra kobieta, która poświęcała mi więcej czasu niż zajęci pracą rodzice, która uczyła mnie pacierza, kolęd, „Boże, coś Polskę” i „Witaj Maj, Trzeci Maj!”, opowiadała o Katyniu, że to „nie Niemcy”, opowiadała o spustoszeniu, które siali bolszewicy.
14.01.2014r.


      Nie pamiętam kiedy nadszedł ten moment, właściwie nagłe olśnienie, że choćbym nie wiem jak chciała, mój Tata nie będzie żył wiecznie i wszystkie swoje wspomnienia zabierze ze sobą. Może w chwili, gdy umarła moja Babcia? Taka niezwykle mądra kobieta, która poświęcała mi więcej czasu niż zajęci pracą rodzice, która uczyła mnie pacierza, kolęd, „Boże, coś Polskę” i „Witaj Maj, Trzeci Maj!”, opowiadała o Katyniu, że to „nie Niemcy”, opowiadała o spustoszeniu, które siali bolszewicy. Niestety, najpierw byłam zbyt mała, by rozumieć, później, jako nastolatka, miałam w głowie to, co zwykle pochłania nastolatki i sporej części opowieści mojej Babci nie jestem już w stanie odtworzyć.

      Poprosiłam więc swojego Ojca, aby, mając czas, poświęcił go trochę na spisywanie tego, co pamięta. Ależ się buntował: że mu się niektóre wspomnienia mieszają, że on pisać, to nie bardzo, że po co? Ale udało się! Zaczął pisać… Przesyła mi rękopisy, z których staram się wyłowić słowa (Tata ma charakter pisma tyleż malowniczy, co nieczytelny) i tworzymy wspólnie coś na pożytek wnuków.
Pozwalam sobie niniejszym przedstawić próbkę naszej wspólnej pracy, z której jestem bardzo dumna, bo opisane zdarzenia są historią mojej rodziny od strony Ojca i czynnie pomagam w ich utrwalaniu.

      „[Władysław Bąk) do szkoły podstawowej, która mieściła się w Tursku Wielkim poszedł mając 7 lat. Budynek szkoły stoi do dnia dzisiejszego.

      Były to czasy zaborów i nauka odbywała się w języku rosyjskim, w trudnych warunkach: w lecie biegało się do szkoły boso, zimą, kiedy panował mróz i śnieżyca, do szkoły nosił małego Władysława jego starszy brat, Walenty.

      Nauka nie sprawiała mu kłopotów i uczył się dobrze. Przykładem na to może być fakt, że podczas kontroli szkoły przez urzędnika carskiego za deklamacje wiersza „Borodino” Aleksandra Puszkina dostał dużą torbę cukierków, co sprawiło i jemu samemu i całej rodzinie ogromną radość. Ten wiersz „prześladował” go w czasie, gdy był już dorosłym człowiekiem i założył własną rodzinę. Ciągłe i namiętne powtarzanie słów: „Skażi kak diadi wiek niedarom, Moskwa spalonaja pożarom, francuzom oddana” powodowało, że i dzieci uczyły się tego wiersza na pamięć, a niektórzy pamiętają go po dziś dzień.

      Trzy klasy nauki w tej szkole dało Władysławowi Bąkowi świadectwo ukończenia szkoły podstawowej.

      W wieku młodzieńczym pomagał ojcu w gospodarce jak również pracował w kuźni. Pomagał też starszemu bratu, Janowi, przy produkcji prostych narzędzi potrzebnych w gospodarce takich jak: motyki, łopaty. Ponadto Władysław klepał lemiesze, kuł konie, wytwarzał brony, kulczęta do pługa czy inne proste narzędzia potrzebne w gospodarstwie rolnym.

      W wieku niespełna dziewiętnastu lat, 18 kwietnia 1920 r. zgłosił się jako ochotnik do wojska. W tym czasie groziła Polsce nawała bolszewicka i była potrzebna każda pomoc, aby bronić Ojczyzny.

      Władysław Bąk został skierowany do 16 Pułku Ułanów Wielkopolskich. Początkowo pułk stacjonował w bydgoskich koszarach przy ulicy Szubińskiej, które to koszary zostały przejęte po wojskach niemieckich. Od 16 sierpnia 1920 r. pułk, w którym służył Władysław Bąk brał udział w walkach pościgowych w kierunku Cyców – Białystok. Rezultaty tych działań wojskowych były imponujące. Koniec sierpnia 1920 r. zastał pułk na Suwalszczyźnie.

      Po zakończeniu działań wojennych, 25 listopada 1920 r. mieszkańcy Bydgoszczy witali bardzo serdecznie powracających z frontu ułanów.

      Za udział w działaniach wojennych w walce z bolszewikami Władysław Bąk został odznaczony medalem „Polska swemu obrońcy”.

      21 kwietnia 1922 r. W. Bąk został powołany do służby w 22 Pułku Ułanów Podkarpackich w Brodach. Później, 1 maja 1929 r. został przeniesiony, już jako podoficer zawodowy, do służby w 2 Pułku Piechoty Legionów w Pińczowie. Po kilkuletnim pobycie w Pińczowie, gdzie warunki kwaterunku były wyjątkowo niekorzystne – 2 Pułk Piechoty Legionów zmienił miejsce stacjonowania i przeniósł się na początku 1931 r. do Sandomierza. I batalion, jako batalion defaszowany skierowano do Staszowa. Bataliony II i III zakwaterowane zostały w nowoczesnych koszarach wzniesionych w latach dwudziestych przy szosie opatowskiej (obecnie ul. Mickiewicza w Sandomierzu). Dowództwo pułku wraz ze sztabem i kasynem oficerskim mieściło się w budynku dawnego klasztoru Reformatorów, tuż obok kościoła pod wezwaniem św. Józefa. Kościół ten pełnił funkcję kościoła garnizonowego.

      W roku 1930 uformowała się ostatecznie struktura 2 Pułku Piechoty Legionów. W jego skład wchodziło dowództwo, kwatermistrzostwo, kompania administracyjna, trzy bataliony piechoty liczące po 3 kompanie strzeleckie i kompanie ckm każdy oraz pododdziały poza batalionowe: pluton artylerii piechoty, pluton łączności i pluton pionierów.

      2 Pułk Piechoty Legionów należał do pułku I typu z etatem liczącym w warunkach pokojowych 56 oficerów i około 1500 szeregowych żołnierzy.

      W dniu 25 czerwca 1930 r., w kościele parafialnym w Niekrasowie Nawiedzenia NMP, Władysław Bąk zawarł związek małżeński z Anną Stępień. Sakramentu małżeństwa udzielił ks. Cz. Bociański.

      W dniu 1 kwietnia 1938 r. Władysław Bąk został awansowany do stopnia sierżanta rzeczywistego rozkazem 2 Pułku Piechoty Legionów nr 63/38 zaś 11 października 1938 r., za zasługi w służbie wojskowej został odznaczony Brązowym Krzyżem Zasługi. Dwukrotnie też był odznaczony medalem za Długoletnią Służbę.

      Za wykazane męstwo i wyjątkowe zdolności dowódcze gen. Rómmel odznaczył płk Czyżewskiego oraz 17 oficerów, chorążych i podchorążych 2 Pułku Piechoty Legionów krzyżami Virtuti Militari 5 kl. Płk Czyżewski otrzymał dla swoich żołnierzy w pułku 30 krzyży V.M.
W składzie 2 Pułku Piechoty Legionów we wrześniu 1939 r. Władysław Bąk figuruje jako Szef Taboru.

      Władysław Bąk brał udział w obronie Modlina do dnia kapitulacji, tj. do 29 września 1939 r. W tym dniu został awansowany do stopnia starszego sierżanta rozkazem 2ppLeg nr 3/39.

      Po kapitulacji został skierowany do obozu jenieckiego w Działdowie w koszarach 32pp, w którym przebywał do 20 października 1939 r. Otrzymał zaświadczenie o zwolnieniu i zapewnieniu bezpieczeństwa. Całą drogę z niewoli przeszedł piechotą w mundurze, płaszczu i rogatywką na głowie, a przy boku miał szablę. Był nieogolony, wychudzony i przygnębiony.

      W czasie gdy Władysław Bąk toczył ciężkie boje z Niemcami jak również przeżywał dramaty, których dostarczał wojenny los żołnierza – rodzina uciekała z Sandomierza: jego żona Anna wraz z czterema synami (najmłodszy Franciszek miał 3 lata, a najstarszy Zenon miał 8 lat).
Sandomierz stawał się coraz bardziej niebezpieczny. Niemieckie samoloty latały nad miastem a z nich strzelano do mieszkańców. W tym czasie zanotowano pierwsze bombardowanie na dworcu kolejowym w Sandomierzu.

      Było wielu zabitych i rannych.

      W tej sytuacji Anna Bąk zdecydowała, że musi uciekać z dziećmi. Udała się do Osieka, do swojego brata, Józefa Stępnia.

      Józef Stępień przyjechał furmanką. Anna Bąk zapakowała najpotrzebniejsze rzeczy i ruszyli w drogę 30 km do Osieka. Przed samym Osiekiem, w odległości około 150 metrów od domu Józefa Stępnia skromny transport furmanką został zaatakowany przez niemiecki samolot. Wyleciał on znad lasu w Zawidzy i w osi drogi gonił furmankę i ostrzeliwał. Na szczęście dla rodziny Władysława Bąka ostrzał był niecelny, bo pociski spadały kilka metrów przed koniem, który ciągnął wóz. Niemieccy piloci zauważyli swoje niepowodzenie, zatoczyli krąg i znów lecieli w osi drogi. Jednak rodzina zdążyła już dotrzeć do zabudowań Józefa Stępnia i ukryła się w stodole.

      Ponieważ do Osieka zbliżał się front i tu również było niebezpiecznie, Anna Bąk zdecydowała pojechać dalej, do babci Bąkowej na Trzciankę. Już następnego dnia wieczorem widać było z Trzcianki jak Osiek płonie. Potężna łuna ognia rozświetlała horyzont. Całe miasto stanęło w ogniu. Cały dobytek jaki zabrała ze sobą Anna Bąk, a który zostawiła w Osieku spłonął i uległ bezpowrotnemu straceniu.

      Te czasy były wyjątkowo trudne. Synowie Władysława Bąka pamiętają, jak babcia zagadała któregoś dnia Annę Bąk:
- Dałabyś buty Władka Leonowi, bo nie ma w czym chodzić, a zima się zbliża.
- A jak Władek wróci z wojny, to w czym będzie chodził? – spytała Anna.
- Władkowi już dawno dupa obgniła – fuknęła na to babcia.

      A jednak babcia nie miała racji. Pod koniec października, na wysokiej brzozie, która rosła za stodołą rozgadała się sroka. Drugiego dnia po południu też zaczęła skrzeczeć i hałasować. Trzeciego dnia, gdy sroka znów zaczęła się wydzierać sama babcia powiedziała, że w domu będą goście.

      Rzeczywiście tak się stało. Pojawił się w domu gość: Władysław Bąk wrócił do domu. Był i płacz, była radość i było wielkie szczęście. Cała rodzina w komplecie: dwoje rodziców, Władysław i Anna i czterech chłopców: Zenon, Władysław, Jan i Franciszek wrócili do Sandomierza. Zamieszkali znowu w swoim domu, który nie był wykończony, ale był ich.

      W domu tym Niemcy mieli radiostację i pełnili tam dyżury. Mimo tych warunków – życie rodziny Bąków zaczęło się stabilizować.

      Syn Władysława, Jan, nauczył się wtedy zwrotu: „Herr, bitte bom-bom” od sąsiada, p. Góreckiego, który kazał się tak małemu Jankowi odezwać jak będzie widział Niemca. Janek zauważył Niemca na ulicy Cegielnianej , który szedł w jego kierunku. Kiedy Niemiec podszedł bliżej, Janek wyklepał z pamięci wyuczony zwrot. Niemiec sięgnął wtedy do kieszeni i dał mu garść cukierków. Chłopiec zaraz pobiegł do mamy, aby się tym pochwalić. Oberwał za to klapsa w tyłek, dostał porządną burę a matka, Anna Bąk, wyrzuciła cukierki do śmieci. Mały Janek już więcej Niemców nie zaczepiał i w żaden sposób do nich nie zagadywał.

      Władysław Bak, zgodnie z rozkazem, jaki otrzymał, miał się codziennie meldować najpierw u burmistrza a potem do gestapo. Po jakimś czasie zorientował się, że tych meldujących się jest coraz mniej. Jakoś ich sukcesywnie ubywało. Bojąc się, że któregoś dnia przyjdzie czas i na niego, że któregoś dnia i on zostanie aresztowany i wywieziony do obozu – zdecydował opuścić znów Sandomierz i wyjechać na wieś.

      W pierwszej kolejności wyjechał ukradkiem Władysław Bąk, a potem ruszyła za nim żona Anna z dziećmi. Wszyscy odnaleźli się na Trzciance zostawiając cały dobytek na pastwę losu. We wsi Ossala była stodoła, morga olchowego lasu i dwie morgi piaszczystej ziemi. Babcia zaproponowała, aby rodzina zamieszkała w tej stodole. Rodzina miała znów własne lokum.

      Władysław, z pomocą brata Leona i sąsiadów przystawał stodołę do zamieszkania. W lewym zapolu wybudowaną izbę i małe pomieszczenie stajenne. W izbie mieściły się dwa łóżka, stół przy oknie i kuchnia z dwoma fajerkami. Do wyrzucania gnoju ze stajni znaleziono drzwiczki, którymi można było też wyjść na zewnątrz z drugiej strony stodoły. Rodzina miała krowę od babci, którą dzieci nazywały Smoła i która była ich żywicielką. Jednak gdy stryj Leon się ożenił – krowę trzeba było oddać. Wtedy od babci Stopniowej dostali kozę, która, w miejsce Smoły, dawała mleko i rodziła koźlęta.

      Życie rodziny Władysława Bąka stało się stabilne. Dwóch starszych synów poszło do szkoły. Uczyli się w Ossali, w szkole podstawowej, choć z nauką różnie było. W większości nie było lekcji, bo w pobliżu znajdowali się Niemcy. Jeśli jednak odbywały się zajęcia szkolne, to strach towarzyszył i uczniom, i nauczycielom. Często ogłaszano alarm i wtedy trzeba było w pośpiechu opuszczać szkołę, bo nadjeżdżali Niemcy. Wtedy, ukradkiem, wszyscy wracali do domu. Wtedy, gdy nauka stawała się niemożliwa, dwaj synowie Władysława Bąka wraz z innymi uczniami uczęszczali na tajne komplety, które prowadziła pani Maria Bień z Ossali.

      W tamtym czasie żona W. Bąka, Anna, zajmowała się domem.

      W roku 1940 r. Władysław Bąk wstąpił do Batalionów Chłopskich i był działaczem Stronnictwa Ludowego. Zajmował się szkoleniem wojskowym młodych chłopców a także organizował drużyny wiejskie. Był komendantem rejonu V, który obejmował Osiek, Tursko Wielkie i Połaniec w obwodzie 7 powiatu sandomierskiego. Posługiwał się wtedy pseudonimem „Olszyna”.

      Z czasem Niemcy wykazywali coraz większą aktywność. W marcu 1941 roku fala aresztowań mająca na celu osłabienie organizacji partyzanckich „Odwet”, „Jędrusie”, a także Batalionów Chłopskich. Pierwszymi, którzy dokonywali aresztowań, łapanek i rozstrzeliwań byli gestapowcy. Działali oni małymi grupami, z zaskoczenia.

      I tak, 25 maja 1942 r. niespodziewanie zajechali do wsi Matiaszów i na podwórku zabili kuzyna rodziny Bąków, Tadeusza Chmielowca.

      Fala aresztowań na Kielecczyźnie spotkała się ze zdecydowaną reakcją polskiego podziemia. Szerokim echem w całym powiecie sandomierskim odbiło się odbicie więźniów w Opatowie przez „Jędrusiów”. Ta akcja stała się impulsem do działania dla innych grup partyzanckich.

      Rokiem szczególnym był rok 1943. W styczniu zginęli z rąk gestapowców dowódca oddziału Andrzej Jasiński „Jędruś”, Antoni Łoś „Antek” i Marian Gorycki „Polikier”.
O tym tragicznym zdarzeniu dzieci Władysława Bąka dowiedziały się podsłuchując rodziców. W czasie, gdy rodzice ze starszym bratem Zenkiem wyszli z domu, Janek i młodszy brat, Władek, postanowili zobaczyć zabitych. Odległość do miejsca opisanego zdarzenia była niewielka, jakieś 250 m. Butów dla dzieci była tylko jedna para i założył je najstarszy, Zenek. Reszcie wypadło biec boso. Ale ciekawość była silniejsza, więc ruszyli w styczniowy, mroźny poranek, po śniegu, na bosaka. Szybko dobiegli do zabudowań . Sabatki i na stoku wzgórza zobaczyli trzy leżące ciała. Leżący w ich pobliżu śnieg już zdążył się roztopić. Widok był przerażający. Wystraszeni szybko pobiegli do domu.

      2-go czerwca 1943 r. pod dowództwem Stacha „Instratora” na trakcie Strużki – Połaniec grupa „Jędrusiów” zaatakowała dwie furmanki, którymi przemieszczali się niemieccy żandarmi. Partyzanci wzięli do niewoli von Tutza, którego po przesłuchaniu zastrzelili. Następnego dnia po zabiciu von Tutza, 3-go czerwca w niedzielę, do wsi Strużki przyjechało kilka wozów pełnych Niemców. Podczas tej egzekucji zastrzeleni zostali wszyscy mieszkańcy, w tym starcy, kobiety i dzieci a cała wieś została spalona. Niemal nikt się nie uratował. Zamordowanych zostało 74 osoby, w tym 24 dzieci.

      W połowie czerwca 1943 r. uzbrojona grupa Niemców przyszła po Władysława Bąka. Najpierw do wsi przyjechał na koniu Stanisław Wiącek aby ostrzec, że w Ossali są Niemcy. Kiedy Stach Wiącek odjechał, przyszedł partyzant z dwoma pistoletami przewieszonymi na pasku. Ten również ostrzegł Annę Bąk, że w pobliżu są Niemcy i odszedł prostopadłą do drogi ścieżką w kierunku rzeczki.

      Anna Bąk zbudziła męża, który natychmiast zerwał się z posłania i wybiegł na drogę. W tym samym czasie Niemiec, który stał na drodze obok Jędrka Zugaja przyjął postawę leżącą i oddał serię z broni automatycznej. Władysław Bąk został postrzelony w łydkę, ale zdołał uciec. Uciekał nie prostopadle do drogi ścieżką, a pobiegł po przekątnej, przez zarośla i krzaki, potem dalej, do rzeczki, której brzegi były porośnięte krzakami. Niemcy natychmiast znaleźli się w miejscu, gdzie był W. Bąk i dostrzegli uciekającego partyzanta nazywanego „Warszawiak”. Człowiek ów bronił się bardzo dzielnie, choć dwa psy, które mieli Niemcy nie dawały mu wielkich szans na obronę. Jednak „Warszawiak” jednego Niemca zabił, a drugiego ranił.

      Władysławowi Bąkowi udało się uciec. Po dojściu do pierwszych zabudowań na Trzciance został wstępnie opatrzony i rana została zabandażowana.

      W czasie gdy W. Bąk uciekał, koło wrót stodoły przelatywali Niemcy z bronią w pełnej gotowości do strzału. Zabrał się z nimi najmłodszy syn Władysława, Franciszek, który miał wtedy zaledwie 6 lat.

      Anna Bąk natychmiast zabrała chłopca do siebie, położyła się krzyżem w domu na klepisku i modliła się do obrazu Najświętszej Marii Panny o ratunek. Kiedy wstała, wzięła na ręce córkę Stanisławę, za rękę syna Jana i tylnymi drzwiami, którymi wyrzucało się gnój, wyszła z dziećmi z drugiej strony stodoły, którą zamieszkiwali.

      Anna Bąk prowadziła dzieci przez lasek olchowy, potem kawałek łąką, by na koniec iść miedzą między polami zbóż. W czasie, gdy żona Władysława Bąka z dziećmi uciekała miedzą między polami – na wysokości lasu olchowego, w którym byli przed chwilą rozległa się straszna kanonada z broni maszynowej. Niemcy strzelali tak zawzięcie i wściekle, że gałęzie i liście spadały na ziemię niczym deszcz.

      Matka odczekała chwilę. Kiedy kanonada ucichła, ruszyli dalej do Trzcianki Górnej. W czasie marszu Anna Bąk zabrała krowę z pastwiska, aby nie wyglądali na tych, którzy uciekli ze stodoły. We wsi do matki z dziećmi podeszło dwóch Niemców i z ironią powiedzieli:
- Krowę niech pani zostawi. Gdybyśmy zauważyli choćby jednego mężczyznę, to wszystkich byśmy rozstrzelali.
Anna Bąk doszła z dziećmi do gospodarstwa Michała i Rozalii Krala. Rozalia Krala, z pochodzenia Niemka, kazała im jak najszybciej stamtąd uciekać, bo wiedziała, że rodzina Władysława Bąka jest na liście u Niemców przeznaczona do zabicia.

      Grupce tej udało się przejść szybko kawałek przez wieś a potem skręcili koło Piechni, w lewo w las i w ten sposób wszyscy uszli z życiem. Później dopiero Anna Bąk dowiedziała się, że podczas ich ucieczki, przed ich stodołą, zatrzymała się furmanka z zabitym i rannym Niemcem. Jan Żugaj leżał na ziemi i był maltretowany, bo nie powiedział, że ma sąsiada „bandytę” – kiedy pokazali mu zdjęcie Władysława Bąka w wojskowym mundurze z żoną Anną.

      Kiedy Jan Zugaj zauważył, że Niemcy zainteresowali się rannym kolegą, wybrał odpowiedni moment, zerwał się i zdołał uciec biegnąc śladem Władysława Bąka.

      Następnego dnia spotkali się wszyscy, cała rodzina i opowiadali sobie o sytuacji, jaka ich spotkała. W. Bąk miał przestrzeloną łydkę i bardzo źle się czuł, bo miał temperaturę i rana go bardzo bolała.

      W akcji tej został zastrzelony „Warszawiak AK”, który nie miał szans na obronę ze względu na dwa niemieckie wilczury. „Warszawiak” miał także przestrzeloną pietę.
O powrocie dzieci do szkoły w ogóle nie było mowy.

      Jakiś czas był spokój, ale rodzinie Władysława Bąka nie było dane długo się cieszyć swobodą.

      Mieszkali wtedy czasowo u matki W. Bąka na Trzciance. Przyszła pamiętna noc w wigilię świętych Piotra i Pawła, 29 czerwca 1943 r.. Nad ranem obudziło wszystkich mocne stukanie w okno i czyjś krzyk: „Alarm!”, „Obława!”. Wszyscy zerwali się na równe nogi. Anna Bąk założyła swojemu synowi Janowi na plecy kapę, w którą zawinęła dwuletnią córkę, Stanisławę i ruszyli w drogę, w kierunku na Matiaszów. Anna szła szybciej niż dzieci. Zostawiła Jana daleko z tyłu, gdyż wiedziała, gdzie jest jej mąż Władysław i chciała go jak najszybciej ostrzec przed grożącym mu niebezpieczeństwem. Dziesięcioletni Jan nie miał prostego zadania: niósł dwuletnią siostrę, a przed nim była „ławka”, którą trzeba było przejść przez niewielki rów – rzeczkę na drugą stronę. Nazywali to przejście „ławką”, ale była to po prostu kładka, która łączyła dwa brzegi niewielkiego strumyka. Raz był to jeden duży drąg, innym razem kawałek deski, a jeszcze kiedy indziej były to cienkie drążki.

      Mały Jan bał się tego miejsca okropnie. Starał się utrzymywać równowagę jak tylko mógł, ale obydwie ręce miał zajęte trzymaniem młodszej siostry, więc nie mógł już utrzymać sylwetki w pionie i na koniec, nie dając rady, zeskoczył na zbocze rowu. Mała siostra wyleciała mu wtedy z zawiniątka, wpadła do wody i trochę się zamoczyła. Kiedy mała Stasia Bąk zaczęła pojękiwać, jej straszy brat, Jan, zebrał się w sobie, owinął dziecko jak mógł dokładnie i poszedł dalej, szukać matki.

      Anna Bąk już wracała z powrotem po tym, jak zdołała powiadomić swojego męża o grożącym mu niebezpieczeństwie. Janek powiedział mamie, że siostra się zmoczyła, a w odpowiedzi usłyszał, że Stasia zaraz będzie przewinięta. Kamień spadł mu z serca gdy zorientował się, że mama niczego się nie domyśliła.

      Z Matiaszowa Anna z dziećmi poszła do Sworonia, do kuzyna Bednarskiego. Dom stanowiła stara wiejska chata pokryta słomą. Na dole był duży przedsionek z drabiną z prawej strony prowadząca na strych. W izbie stały dwa łóżka, a między łóżkami kufer. Z boku przy oknie stół z dwoma krzesłami, a w rogu piec z okapem.

      Anna Bąk usiadła wtedy na tym kufrze z małą Stanisławą na rękach, a syn Jan stał przy kolanach swej matki i patrzył jej w twarz. Nie mógł zrozumieć dlaczego jest tak zmartwiona, tak pochmurna i tak jej smutno.

- Mamo. Uśmiechnij się – prosił. – Nie rób takiej zatroskanej miny. Nie bądź taka zła.

      Chłopiec nie rozumiał, że jego matka wiedziała, że to nie koniec. Spodziewała się Niemców.

      Przyszli. Oficer i dwóch żołnierzy. Oficer stał z bronią trzymając lufę pistoletu wymierzoną do góry. Coś rozkazywał żołnierzom. Sam wszedł na kilka szczebli drabiny, rozejrzał się po strychu i zszedł na dół. W tym samym czasie żołnierze poprzebijali bagnetami wszystkie pierzyny na łóżkach. Potem zgonili Annę Bąk z kufra, zajrzeli co tam jest i potem razem z oficerem wyszli na zewnątrz.

      Mały Jan wszedł na kufer żeby zobaczyć gdzie poszli. Niemców już nie było, ale zobaczył mężczyznę, który chował się w roślinach pod oknem.

      Władysław Bąk w tym czasie wydał polecenie, aby zniszczyć wszystkie łodzie jakie cumowały nad jeziorem i wtedy, wraz z kilkoma ludźmi postanowił schować się w trzcinie trzymając burty jednej z zatopionych łodzi. Było to dla niego bardzo niebezpieczne, gdyż w nie zagojoną ranę mogło wdać się zakażenie od przebywania w wodzie.

- Wiemy, że tam jesteście! Dostaniemy was! – krzyczeli Niemcy z brzegu jeziora.

      Zdarzenie to było dla Władysława Bąka straszliwym przeżyciem. Odniesiona rana nie chciała się goić, wdało się zapalenie krwi. Niemal całe ciało było pokryte wrzodami. Żona Anna sprzedała wtedy ostatnie wartościowe rzeczy, aby kupić dla męża penicylinę. Antybiotyk sprawił, że W. Bąk wyzdrowiał.

      Ta akcja była jedną z ostatnich większych akcji Niemców na tym terenie.

      Wielka tragedię w tym czasie przeżywali Żydzi, którzy mieszkali w tym rejonie. Za najmniejsze przewinienie byli rozstrzeliwani. Nie wolno było im pomagać i ich ukrywać, bo za to groziła śmierć.

      Któregoś dnia Anna Bąk wraz ze swym synem, Janem, wracała z Osieka do Ossali. Nie zauważyła, że przed nimi jest prowadzona przez Niemców kolumna około stu Żydów: mężczyzn, kobiet i dzieci. Nagłe zawrócenie z obranej drogi byłoby niebezpieczne, rzuciłoby podejrzenie, więc Anna zdecydowała przejść wzdłuż prowadzonej kolumny, aby ją wyprzedzić.

      Żydzi byli eskortowani przez sześciu niemieckich żołnierzy uzbrojonych w karabiny maszynowe: dwóch Niemców szło na czele kolumny, dwóch w środku i dwóch na jej końcu. Matka drżała na myśl, że i ją i jej syna Niemcy w każdej chwili mogą dołączyć do „pędzonych” Żydów. Tak się jednak, szczęśliwie dla nich, nie stało. Anna Bąk z dzieckiem minęła kolumnę i ruszyli traktem do Ossali skręcając za lasem na drogę do Mikołajowa. Tam się zatrzymała i czekali na leśnym trakcie.

      Nagle, z oddali, usłyszeli kanonadę z broni maszynowej, jęki i krzyki ludzi. Jan złapał matkę za spódnicę i zaczął rozpaczać:

- Oni ich zabijają!

- Nie krzycz, nie płacz, nie rozpaczaj. Stało się – odpowiedziała matka.

      Jan wiedział, że matce musiało być ciężko, bo sami przechowywali w stodole w Ossali rodzinę żydowską. Z dwójką chłopaków z tej rodziny dzieci Władysława Bąka bawiły się wieczorami.

      Rozkazem 5/Pers. Komendy Głównej Batalionów Chłopskich z dnia 30 maja 1944 r. Władysław Bąk został awansowany do stopnia ppor. Żona Anna była w owym czasie towarzyszką walki i pozostawała również w służbie Batalionów Chłopskich. Służyła w wywiadzie, była łączniczką. 17 stycznia 2001 r. decyzją Prezydenta RP została awansowana do stopnia ppor.

      Przed zakończeniem wojny Władysław Bąk pracował w komitecie organizacyjnym szkoły – gimnazjum. Projekt tej szkoły został zatwierdzony przez Radę Gminy Tursko Wielkie i zrealizowany w Strużkach. Pierwszy rok szkolny przypadł na lata 1944/1945. Gimnazjum to istniało 2 lata. Pod koniec roku 1944 W. Bąk uczestniczył w organizacji Rad Samorządowych i pierwszych posterunków Policji. Przez pewien czas prowadził taki posterunek w Połańcu.

      Metody działania przyjęte przez ówczesne władze były jednak nie do przyjęcia przez byłego legionistę i żołnierza Batalionów Chłopskich. Nie przystawały w żaden sposób do jego poglądów, zasad etycznych, moralnych i wyobrażenia o Polsce, o jaką walczył. W konsekwencji Władysław Bąk szybko zrezygnował z tego stanowiska.

      W. Bąk był działaczem Polskiego Stronnictwa Ludowego. W roku 1946 został zaproszony na Kongres PSL, który odbył się w dniach 19 – 21 stycznia 1946 r. w Sali teatru „ROMA” przy ul. Nowogrodzkiej 46 w Warszawie.

      Latem 1946 r. Władysław Bąk wyjechał wraz z całą rodziną ze wsi do Sandomierza, do rodzinnego domu, z którego musiał uciekać podczas niemieckiej okupacji. Władysław i Anna byli zaskoczeniu faktem, że w ich domu mieszkali obcy ludzie. Była to dość duża rodzina: dwóch dorosłych synów, starsza córka i dwie małe dziewczynki – bliźniaczki.

      Rodzina Władysława Bąka stanowiła także liczną gromadę: żona Anna, pięciu synów i córka, więc trudno było żyć w takich warunkach. Dodatkową przeszkodę stanowił fakt, że dwóch starszych synów ich „lokatorów” służyło już w UB i uprzykrzali oni życie dzieciom Władysława.
Wcześniejsza służba wojskowa W. Bąka jak i przynależność do Batalionów Chłopskich stanowiły przeszkodę w znalezieniu i pracy i były powodem wielu szykan. Zdarzało się, że ci dwaj UB-owcy z rodziny „lokatorów” przychodzili pijani do mieszkania W. Bąka i wygrażali, że go zabiją. Chodzili po pokojach z pistoletem w ręku, podchodzili do łóżek, gdzie spały dzieci i przystawiali im broń do głowy. Były to straszne chwile, którym towarzyszył potworny strach o życie tak swoje jak i dzieci. Dla rodziny W. Bąka strach o życie nie minął wraz z zakończeniem II Wojny Światowej.

      W. Bąk zmarł 13 września 1968 r. w Sandomierzu, w mieście, w którym spędził niemal całe swoje życie. Tam też spoczywa: w grobie rodzinnym na Cmentarzu Katedralnym.”

/Ossala/



Nasze blogi:









Komentarze
#1 | Artur dnia 09.04.2014
Witaj na portalu Janusz - obawiam się że nie uzyskasz odpowiedzi. Ossala wpadła do nas, pisała dużo i fajnie po czym.... zniknęła. Bez pożegnania. Po kilku tygodniach wróciła na chwilę, złożyła deklaracje lojalności, że jest i że łatwo się jej nie pozbędziemy Smile i.... zniknęła - tym razem już na zawsze. Pozdrawiam
#2 | janusz dnia 08.04.2014
Dla Ossala pragnę dorzucić kilka kamyczków do Twego ogródka.
Przeczytałem prawie wszystkie Twoje teksty oraz komentarze. Amatorsko zajmuję się genealogią i najbardziej zainteresował mnie tekst opisujący Adama Bienia, Zbieramy rodzinne wspomnienia. Teks oraz komentarze zawierają wiele informacji, które wzbogaciły moje dociekania nad koligacjami rodzinnymi. Kiedyś mój tato rozpoczął zbieranie wszelkich informacji o naszej rodzinie ja staram się kontynuować jego pracę wzbogacając o dalsze a nawet dalekie koligacje. Dziś moje drzewo jest olbrzymie. Wymienię jedynie nazwiska, które również występują w moim drzewie i zostały podane w komentarzach do Twojego tekstu.
Rodzina Adama Bienia sięgnęła roku 1687.
Kazimierz Aleksander Sabbat oraz rodzina Wiącków, których udało się odnaleźć do 1749. Władysława Bąka ps. Olsza i jego rodzinę wpisałem korzystając z Twoich informacji. Zapisani bracia i siostry rodzice i pradziadowie wszystko poparte aktem metrykalnym i linkiem, aby samemu można zobaczyć i przeczytać dokument. Poszukuję informacji o Rodzicach Pawła Wiącka i Zofii z domu Podsiadło, których synem był Józef Wiącek ps. Sowa ur. w Trzcianka k/ Niekrasowa. A może oni nie byli jego rodzicami? Nie wszystko wiem, więc poszukuję wszelkich informacji, podpowiedzi. Nie wiem czy przyda się to, o czym piszę. Przy okazji chciałbym poprosić wszystkich, którzy chcieliby lub mogli dorzucić parę komentarzy o zabarwieniu genealogicznym z kręgu Niekrasów, Połaniec i ościennych parafii. Szczególnie lata 1910 do 1950 są mało rozpoznane.
Pozdrawiam serdecznie.
Janusz
#3 | ossala dnia 17.01.2014
Nie wiem, czy zdołałam gdzieś wyjaśnić, że na zdjęciu ilustrującym wpis jest właśnie mój Dziadek.
#4 | ossala dnia 17.01.2014
Krisp, rewelacyjny pomysł z tym dyktafonem. Mój Tata ciągle pisze - na (nie)szczęście dla mnie, bo on tak bazgrze, że przepisywanie jest raczej przedzieraniem się przez kartki rękopisu, ale i tak bardzo się cieszę, że dostaję kolejne fragmenty jego pamięci.
#5 | ossala dnia 17.01.2014
Arturze, nie ruszamy się z okolic Ossali, Trzcianki, Stróżek (spalonej doszczętnie przez Niemców w czerwcu 1943 - wymordowano wtedy prawie wszystkich mieszkańców, w tym niemal 20 dzieci w wieku od roku do 10 lat), Niekrasowa.
Jest to więc Osiek w świętokrzyskim.
Pozdrawiam
#6 | ossala dnia 17.01.2014
Kaziu, mój Tato właśnie mi dosłał kolejne fragmenty swej pamięci. Pamiętam, że jak byłam mała i Babcia Ania opowiadała mi swoich ciągłych ucieczkach przed Niemcami, z maleńkimi dziećmi pod pachą, to zachodziłam w głowę, jak to się stało, że mój Tata przeżył (rocznik 1933).
Skóra mi cierpła.
#7 | krisp dnia 15.01.2014
Witaj Ossalo,

Piękna historia. I wiem już skąd pochodzi Twój nick. Smile

Mój ojciec ma 88 lat i jest jeszcze w niezłej formie poza tym ,że od 3 lat traci wzrok z powodu choroby zwanej AMD. Zdążył jednak spisać historię swojego życia, która funkcjonuje w formie wydrukowanej komputerowo w naszej rodzinie, a teraz, gdy oczy nie pozwalają na pisanie, postanowił "spisać" zapamiętane z młodości pieśni i piosenki. Dałem Mu dyktafon, do którego wyśpiewuje te swoje piosenkowe wspominki i jest szansa, że i z tego powstanie śpiewane archiwum, dodatkowo zaopatrzone w płytę.

Pozdrawiam

krisp
#8 | Artur dnia 14.01.2014
Ossala piękna kronika - ten Osiek o którym piszesz to który Osiek? Pozdrawiam
#9 | Kazia dnia 14.01.2014
Ależ ciekawa opowieść, zawsze uważałam i uważam, że polskie historie rodzinne doskonale nadawałyby się na wielki film historyczny, wystarczyłoby nakręcić po odcinku przeszłość losowo wybranej rodziny i fabuła oparta na faktach przeszłaby wszelkie fikcje. Ale że tak wspaniale do tych wszystkich spraw dotarłaś! wielka rzadkość. Mnóstwo osób nawet nie wie jak nazywają się ich pradziadkowie a Ty podajesz tak dużo szczegółów
Dodaj komentarz
Tylko zarejestrowani użytkownicy mogą dodawać komentarze

ZALOGUJ SIĘ aby móc dodać komentarz.

ZAREJESTRUJ SIĘ aby móc dodać komentarz.

Powrót na stronę główną