Nasze Radio Logos nadaje. Program na 24.08.2016: Prof. T. Marczak: Przemówienie pod Konsulatem Niemiec - godz. 1:00, 10:00, 19:00, 24:00. Janusz Dobrosz: Polityczno prawne aspekty układu poczdamskiego - godz. 1:30, 10:30, 19:30. Prof. M. Dyżewski: Muzyczny ogród Panny Maryi - godz. 2:00, 11:00, 20:00. Prof. R. Szeremietiew: Geocywilizacyjne zagrożenia dla bezpieczeństwa Polski, cz. 1 - godz. 3:00, 12:00, 21:00. Prof. T. Marczak: Perspektywy rozwoju kwestii ukraińskiej, cz. 1 - godz. 3:30, 12:30, 21:30. Prof. T. Marczak, cz. 2 - godz. 4:35, 13:35, 22:35. L. Żebrowski: Zdrajcy i Bohaterowie, cz. 1 - godz. 6:00, 15:00. L. Żebrowski: Zdrajcy i Bohaterowie, cz. 2 - godz. 7:15, 16:15. Dr S. Krajski: Polska i masoneria. W przededniu wielkiego krachu, cz. 1 - godz. 8:00, 17:00. Dr S. Krajski, cz. 2 - godz. 9:30, 18:30. Między audycjami muzyka.
Nasze Radio Logos - ramówka

Ostatnie komentarze
Z działu "Aktualności":
oraz z pozostałych stron:


Polecane artykuły
Najnowsze artykuły

Tagi

Aktualności

  

Złem należy gardzić. Złem, a nie człowiekiem, który to zło czyni. Tu jest sedno chrześcijańskiego miłosierdzia. Stąd prawdziwy katolik będzie (a przynajmniej powinien) brzydził się ekscesami np. „Goebellsa stanu wojennego”, czy „miłośnika trzody chlewnej” z Biłgoraja, bo to, co oni wyczyniają jest nikczemne. I trzeba rzecz nazwać po imieniu.
27.10.2013r.


„Jezus powiedział do niektórych, co ufali sobie, że są sprawiedliwi, a innymi gardzili…”.

      Tacy byli zawsze, stąd nic dziwnego, że nie brakuje ich też dzisiaj. Trudno sobie wyobrazić coś bardziej odrażającego, dla wielu wręcz przyprawiającego o mdłości, niż fakt, gdy ktoś ma się właśnie za takiego „sprawiedliwego”, albo przynajmniej pragnie, by inni go tak postrzegali, a innymi poniewiera, traktując ich jak popychadła.

      Na pierwszy rzut oka przytoczony dzisiaj fragment ewangeliczny może być rozumiany jako potępienie postawy pychy, a pewnie i arogancji, przy równoczesnym podkreśleniu pokory i uniżenia. Zatrzymajmy się na moment przy określeniu: „(…) co ufali sobie, że są sprawiedliwi, a innymi gardzili”. Nie ma ludzi bezgrzesznych. Mówi o tym wyraźnie św. Paweł: „(…) wszyscy bowiem zgrzeszyli i pozbawieni są chwały Bożej” (Rz 3,23). Stąd chełpienie się własną „sprawiedliwością” to nie tylko skrajny przejaw wyjątkowej pychy, ale również w pewien sposób stawianie się w pozycji niemal równej Bogu, który jest samą Sprawiedliwością. Drażni więc (delikatnie pisząc) postawa, gdy komuś się wydaje, iż „w pokorze prześcignął wszystkich”. Nikt nie jest w stanie sam, choćby „stawał na rzęsach” „zasłużyć sobie” na Bożą łaskawość. Ona bowiem jest całkowicie „darmowa”. Wydaje się jednak, że ten, kto z pokorą stara się stanąć przed Panem, uczciwie przyznaje się do własnej słabości i grzeszności, ma zapewne większe „szanse” zbliżyć się do Chrystusa. Musi jednak przy tym zakładać konieczność podporządkowania całego swojego życia Panu. To niezawodna „metoda” zakrywająca nasze grzechy. Czy zatem nie mamy obojętnie przechodzić obok zła? Przenigdy. Zło należy niszczyć wszelkimi dostępnymi metodami. Złem należy gardzić. Złem, a nie człowiekiem, który to zło czyni. Tu jest sedno chrześcijańskiego miłosierdzia. Stąd prawdziwy katolik będzie (a przynajmniej powinien) brzydził się ekscesami np. „Goebellsa stanu wojennego”, czy „miłośnika trzody chlewnej” z Biłgoraja, bo to, co oni wyczyniają jest nikczemne. I trzeba rzecz nazwać po imieniu. Natomiast – co bywa często ogromnie trudne - przynajmniej musimy próbować dostrzec w każdym człowieka. Tak naprawdę bardzo biednego człowieka, choć on sam pewnie o tym jeszcze nie wie, albo udaje czy też robi wszystko, by nie wiedzieć.

      Ale Pan mówi także bezpośrednio do nas. Może uważamy się za sprawiedliwych, gdy widzimy nikczemność drugich. Pozwala to nam czuć się w porządku, bo nie jesteśmy tacy jak oni. Czujemy się wtedy sprawiedliwymi. Możemy bowiem powiedzieć: kochamy, choć nie zwracamy uwagi, że tylko tych, którzy nas kochają. A Jezus każe nam kochać również nieprzyjaciół. Uważamy się za sprawiedliwych, bo mamy jak najlepsze intencje. Łatwiej nam wtedy powiedzieć: Ja to co innego. Moje „grzeszki” są takie malutkie w porównaniu z ogromem zła, który nas otacza. Rzadko nazywamy swój grzech po imieniu! Często inni łechczą naszą próżność, podkreślając wszystkie (należne i nienależne). Zapominamy jednak, że tylko Bóg zna nasze wnętrze i patrzy w serce, a nie na pozory. Zapominamy, że „wielu pierwszych będzie ostatnimi”. Często sądzimy, że jest z nami dobrze, bo przecież zrobiliśmy – w naszym mniemaniu – tak dużo dobrego i nie bardzo chce się nam zrobić cokolwiek więcej. Zapominamy, iż lepsze jest wrogiem dobrego. Przychodzi wtedy stagnacja i ograniczenia. Zapominamy o woli Jezusa, który żąda czegoś więcej; żąda miłości bez granic i do wszystkich. Dramatem zaś jest, gdy uważamy się za „lepszych” ze względu na stanowisko jakie piastujemy. Wówczas zagraża nam ogromne niebezpieczeństwo, by podwładnych uważać za gorszych od nas. Czujemy się władni i – jako „jedyni sprawiedliwi” – uprawnieni do sądzenia i skazywania. Wokół siebie dostrzegamy tylko i wyłącznie zło, niesprawiedliwość. A tak w rzeczywistości nie jest. Lepiej więc będzie najpierw przyjrzeć się dokładnie własnemu wnętrzu. Trzeba otworzyć przed Bogiem swoje, często mocno poranione, serce. Uderzyć się w piersi. Przeżyć ten zwykły ludzki wstyd, bo wspomnienie o naszych winach takie odczucia zazwyczaj wywołuje. I wreszcie trzeba odczuć bliskość Boga. Pomimo naszej niedoskonałości. W takich bowiem przypadkach On skraca dystans swym miłosierdziem. Jakby nie mógł znieść tego, że człowiek jest daleko – kocha go! A nam nie pozostaje wówczas nic więcej, jak prosić o zmiłowanie. W tej prośbie na pewno jest coś dramatycznego; są rzewne, ale i uzdrawiające łzy; jest – często rozpaczliwe – wołanie o pomoc; jest też moralna pewność, że nasza prośba zostanie wysłuchana. Przyznanie się do słabości (trudne, bolesne i napawające wstydem) to, paradoksalnie, początek odnowy i odrodzenia serca. To zarazem niewypowiedziana radość i wewnętrzna moc, która pozwala inaczej patrzeć na świat i otaczających nas ludzi. Gdy wywyższamy siebie, uważamy, że jesteśmy wszechmocnymi władcami, uważamy się za władców, gardząc przy okazji innymi. To typowo faryzejska postawa, której za wszelką cenę musimy unikać, bo wiemy, iż Pan się nią zwyczajnie brzydzi, o czym aż nadto wyraźnie poucza nas Pismo św.

      Nie wymyślajmy dla siebie nawet najbardziej wyszukanych usprawiedliwień, bo to nie ta droga. W takim bowiem przypadku nigdy nie dostrzeżemy w sobie zła. A ono jest, chociaż często ma różne odcienie i oddziaływania. Musimy poczuć niejako jego chłód, odkryć spustoszenie, jakie w nas i wokół nas powoduje. Wtedy dopiero odczujemy potrzebę zwrócenia się do Stwórcy. Będziemy chcieli, by nas zwyczajnie przygarnął i przytulił w tej naszej niedoli. Nie odmówi nigdy, bo nas kocha. A kto chociaż raz prawdziwie kochał, ten zrozumie moc tego ojcowskiego przytulenia.

/ks. Wiesław Multan/



Nasze blogi:











Komentarze
#1 | Jacek Mruk dnia 27.10.2013
Pokora okazuje się pełna ,gdy w złym uczynku widzimy tylko zło. Trudno jest pozostawić sprawcę na uboczu, chodź wtedy mamy zadatki na świętość. Człowiek jest niestety tylko grzeszną istotą.
Myślę że Modlitwa to najlepszy sposób na wyzwolenie ze zła.
Pozdrawiam
#2 | Kazia dnia 27.10.2013
Najpiękniejsi są ludzie, którzy nie wywyższają się a mają obiektywnie ku temu powody, są zdolni i mądrzy... za to ci co akurat nie powinni - pysznią się i wystawiają siebie na targowisku próżności. A kim jest każdy z nas? Myślę, że nasze sumienie dokładnie nas informuje, trzeba tylko czasem posłuchać. I słuchać też tych co to zachowują wyjątkową skromność, bo ich ciche słowa często są słuszne. Pozdrawiam niedzielnie.
Dodaj komentarz
Tylko zarejestrowani użytkownicy mogą dodawać komentarze

ZALOGUJ SIĘ aby móc dodać komentarz.

ZAREJESTRUJ SIĘ aby móc dodać komentarz.

Powrót na stronę główną