Nasze Radio Logos nadaje. Program na 24.08.2016: Prof. T. Marczak: Przemówienie pod Konsulatem Niemiec - godz. 1:00, 10:00, 19:00, 24:00. Janusz Dobrosz: Polityczno prawne aspekty układu poczdamskiego - godz. 1:30, 10:30, 19:30. Prof. M. Dyżewski: Muzyczny ogród Panny Maryi - godz. 2:00, 11:00, 20:00. Prof. R. Szeremietiew: Geocywilizacyjne zagrożenia dla bezpieczeństwa Polski, cz. 1 - godz. 3:00, 12:00, 21:00. Prof. T. Marczak: Perspektywy rozwoju kwestii ukraińskiej, cz. 1 - godz. 3:30, 12:30, 21:30. Prof. T. Marczak, cz. 2 - godz. 4:35, 13:35, 22:35. L. Żebrowski: Zdrajcy i Bohaterowie, cz. 1 - godz. 6:00, 15:00. L. Żebrowski: Zdrajcy i Bohaterowie, cz. 2 - godz. 7:15, 16:15. Dr S. Krajski: Polska i masoneria. W przededniu wielkiego krachu, cz. 1 - godz. 8:00, 17:00. Dr S. Krajski, cz. 2 - godz. 9:30, 18:30. Między audycjami muzyka.
Nasze Radio Logos - ramówka

Ostatnie komentarze
Z działu "Aktualności":
oraz z pozostałych stron:


Polecane artykuły
Najnowsze artykuły

Tagi

Aktualności

  

W piątek 9 kwietnia. Minęliśmy się w drzwiach. Wróciłam z konferencji naukowej. Janusz przyjechał do domu w czwartek wieczorem. W czwartek w nocy słyszałam jak bardzo długo rozmawiał z naszym starszym synem Pawłem, który wybierał się na powierzchniówki w Góry świętokrzyskie. W piątek odebrał jeszcze Krzysia ze szkoły.
27.02.2013r.


     
Cezary Gmyz: Kiedy widziała się Pani po raz ostatni z mężem?

Zuzanna Kurtyka: W piątek 9 kwietnia. Minęliśmy się w drzwiach. Wróciłam z konferencji naukowej. Janusz przyjechał do domu w czwartek wieczorem. W czwartek w nocy słyszałam jak bardzo długo rozmawiał z naszym starszym synem Pawłem, który wybierał się na powierzchniówki w Góry świętokrzyskie. W piątek odebrał jeszcze Krzysia ze szkoły. Z konferencji wróciłam wieczorem, koło dziewiątej. Janusz zaczął się ubierać. Nie wziął ze sobą nawet tej walizeczki z którą zazwyczaj się przemieszczał, bo miał przecież od razu w sobotę wrócić. Pożegnaliśmy się w drzwiach, wsiadł do samochodu. Zadzwoniłam do niego jeszcze tuż przed północą. Dojeżdżał do Warszawy. To była ostatnia rozmowa.

CG: Janusz bardzo często podróżował. Nie było więc czym się martwić – ot, lot, jak lot.

ZK: Ale zawsze się bałam jak latał samolotem. Sama też panicznie bałam się latania. Miałam nawet taką obsesję, żeby z nim nie latać, żeby dzieci nie zostawały same. Wiadomo było, że te tupolewy się psuły, że bywały awaryjne lądowania. Byłam jednak w przekonana, że ciężko sobie wyobrazić bezpieczniejszy lot niż lot z prezydentem, że wszystko musi być zabezpieczone, przygotowane sprawdzone. To dziwne, ale po 10 kwietnia strach przed lataniem przeszedł mi jak ręką odjął.

CG: Następnego dnia…

ZK: Nie miałam żadnych przeczuć. Zrobiłam śniadanie. Wsiadłam do samochodu, bo wracałam na konferencję Wysłałam do Janusza smsa z pytaniem, czy są już na miejscu. Nie przyszło potwierdzenie odbioru. Ale czując lekki niepokój, taki jak zawsze, wybrałam numer. Telefon Janusza był wyłączony. Po chwili zadzwoniła moja mama z wiadomością, że w radio podali, że coś się stało z samolotem. Pytała, czy Janusz tam był. Była w histerii, wołała „tam się pali”. Ja nie miałam radia w samochodzie. Do głowy mi nie przyszło, że mogło się stać coś strasznego... Zawróciłam jednak do domu. Włączyłam telewizor i usłyszałam, że wszyscy zginęli. Paweł był na tych swoich wykopaliskach. W domu był tylko Krzyś.

CG: W niedzielę wieczorem była Pani już w Moskwie. Żeby zidentyfikować ciało.

ZK: Byłam w szoku, ale zakładałam, że wszystko co się tam wokół dzieje robione jest z dobrej woli. Miałam bardzo przytępiony zmysł spostrzegawczości. Wydawało mi się, że jakoś się trzymam. Pamiętam przylot do Moskwy, potem mam już problem z chronologią. Byliśmy tam poniedziałek, wtorek i środę. Wróciliśmy w czwartek rano. W samolocie do Polski rzuciliśmy się na polskie gazety. Nie wiedzieliśmy przez trzy dni, co się dzieje w Polsce. Mieliśmy tylko jakieś szczątkowe informacje od pana Arabskiego i pani Kopacz. Jednak spotkania w nimi odbywały się późno w nocy, o pierwszej, drugiej godzinie. Po całym dniu spędzonym w prosektorium nie mieliśmy siły się już w nic wgłębiać. Z gazet dowiedzieliśmy się, że planowano msze w Warszawie na placu Piłsudskiego. Miały tam być wystawione trumny. Jak to” myślałam „przecież część ciał nie została zidentyfikowana”. W Moskwie widziałam rozpaczających ludzi, którzy nie wciąż nie rozpoznali swoich bliskich. „Boże” myślałam „jak to będzie – część trumien na placu, a co z pozostałymi”. Na szczęście msza odbyła się bez trumien.

CG: Co się działo po przylocie do Warszawy?

ZK: Czekaliśmy na trumny. Dowiedzieliśmy się , ze przylecą zaraz po nas i na lotnisku ma się odbyć uroczystość. Nie mieliśmy żadnych rzeczy, które pasowałyby do tej ceremonii. Zdążyliśmy umyć ręce i musieliśmy jechać z powrotem na Okęcie. Współpracownicy męża stanęli na wysokości zadania. Krzyś został ubrany w czarny żakiet pani Doroty Kality, która trzęsła się potem z zimna. Wróciliśmy potem do Krakowa, tylko żeby się przebrać i wrócić na mszę do Warszawy. Pamiętam tą noc - podjeżdżamy pod nasz dom i widzę pożar, widzę jak nasz płot płonie. Dopiero jak podjechaliśmy bliżej zobaczyłam, że..

CG: Że to były znicze?

ZK: Tak.

CG: Wszyscy byli przekonani, że Pani mąż spocznie w tzw. krypcie profesorskiej w krakowskim kościele św. Piotra i Pawła. Na skutek nacisków profesora Franciszka Ziejki, rektora UJ decyzję zmieniono.

ZK: Nie bardzo zdawałam sobie sprawę z tego co się wokół mnie dzieje. Cała ta awantura z pogrzebem jeszcze mnie tak bardzo wtedy nie obeszła. Po prostu po tym co się stało, mój poziom wrażliwości był innym. Po tym, co przeszłam w Moskwie, nic już nie mogło mną równie wstrząsnąć. Dziś myślę, że była to forma obrony organizmu. Trochę czasu minęło zanim zaczął wracać właściwy poziom percepcji.

CG: Byłem akurat wtedy w IPN, kiedy przyszła informacja, że Ziejka zablokował pogrzeb w krypcie. Część pracowników płakała, część zaciskała pięści. Ostatecznie profesor spoczął w kwaterze zasłużonych na Cmentarzu Rakowickim. Jego nagrobek odwołuje się do formy gotyckiej.

ZK: Pierwotny projekt miał inną formę, ale też oczywiście, gotycką. Koleżanka dała mi kontakt do prof. ASP Piotra Suchodolskiego, artysty rzeźbiarza. Po wielu godzinach rozmów zaprojektował przepiękną kompozycję – gotycką bramę. Zarząd cmentarza się nie zgodził. Bo projekt przekraczał o 20 cm szerokość przyznanego miejsca. To było upokarzające. Nie pomogły pisma które słałam do prezydenta Krakowa Jacka Majchrowskiego. Nic nie pomogło. Usłyszałam, że jestem hieną cmentarną bo chcę zabrać miejsce innym ludziom. W rezultacie profesor musiał zaprojektować nowy nagrobek. Też jest piękny, lecz już inny.

CG: Nawet po śmierci nagonka na profesora Kurtykę nie osłabła. Przeprosił tylko minister kultury Bogdan Zdrojewski na pogrzebie. Zmiana miejsca pochówku to ostatni akt na długiej liście ataków na Pani męża. Jako prezes IPN był ulubionym celem wszystkich przeciwników lustracji i samego instytutu. Jak w ogóle doszło do tego, że mediewista trafił do IPN?

ZK: Mam z tego powodu do dziś wyrzuty sumienia, bo ja go do tego namówiłam. Inna sprawa, że długo nie musiałam. W pewnym momencie jego sytuacja w Polskiej Akademii Nauk stała się trudna. Janusz szybko wyrósł ponad poziom pracowni w której pracował. Janusz zaczął się tam dusić. Wreszcie podjął decyzję i został szefem krakowskiego oddziału Instytutu.

CG: Czy już wtedy, w Krakowie, komuś przeszkadzał?

ZK: W porównaniu z tym, co działo się, kiedy został prezesem IPN, to była sielanka. Janusz od podstaw zorganizował oddział. Włożył w to gigantyczną pracę. Udało mu się zdobyć na archiwum zrujnowany pałac Konopków w Wieliczce. Nie było jednak tak ciężko jak potem. Dość powiedzieć, że w tamtych czasach, kiedy postkomuniści mieli zakusy wobec IPN, to olbrzymią akcję w obronie instytutu rozpętała… Monika Olejnik.

CG: Prezesurę IPN objął w dość dramatycznych okolicznościach. Leon Kieres stracił szansę na elekcję po sprawie o. Konrada Hejmy. Zaś Pani mężowi zarzucono, że by zdobyć stanowisko zagrał dokumentami z archiwum IPN w Krakowie. Chodziło o tzw. notatkę Kosiby z której wynikało, że Andrzej Przewoźnik, jego konkurent, mógł być tajnym współpracownikiem.

ZK: Janusz bardzo przeżył sprawę Przewoźnika. Nie miał pojęcia o tej notatce. Nie wiem czy osoba, która ujawniła ten dokument zdawała sobie sprawę jaka niedźwiedzią przysługę wyświadcza Januszowi. Zasada wyboru prezesa jest tak, że nie może być najmniejszych wątpliwości co do przeszłości kandydata. Kolegium w toku sprawdzania i tak by ten dokument znalazło bo przed wyborami robiono wymaganą przez prawo bardzo dokładną kwerendę. Kolegium po znalezieniu notatki musiałby odrzucić jego kandydaturę ale odbyłoby się to bez rozgłosu. Janusz przez długie lata bardzo blisko współpracował z Andrzejem Przewoźnikiem. Byli po imieniu. Dla Janusza nagłośnienie tej notatki było bardzo niezręczne bo zraziła Andrzeja Przewoźnika na długie lata.

CG: Sąd ostatecznie uznał, że Przewoźnik nie współpracował z SB. Było to już za prezesury Pani męża i to de facto pion lustracyjny pomógł oczyścić się Przewoźnikowi. Wracając do temu. Czy to Pani namówiła męża do ubiegania się o prezesurę?

ZK: Nie. Tym razem była przeciwna. Janusz jednak po pięciu latach pracy w IPN miał już bardzo dokładnie sprecyzowaną wizję czym instytut powinien być. Był jednak bardzo sfrustrowany, że IPN ma gigantyczne możliwości, które nie były wykorzystywane. W archiwum był dramatyczny bałagan. Walały się całe kartony z aktami, których nikt nie dotknął nie mówiąc o inwentaryzacji. Groziło to tym, że poginą ważne dla historii Polski dokumenty. Nie tylko archiwum źle działało.

CG: Został wybrany miażdżącą przewagą głosów – głosowały na niego oba kluby PiS i Platforma Obywatelska. Mało kto jednak pamięta, że to posłowie PiS wyrażali sceptycyzm wobec tej kandydatury.
Wszystko się zmieniło po wydaniu książki „SB a Lech Wałęsa” Sławomira Cenckiewicza i Piotra Gontarczyka. Przeciw IPN rozpętano wówczas gigantyczną nagonkę. To właśnie pani mąż zadecydował, że książka ukaże się nakładem IPN choć były sugestie by wydać ją w zewnętrznym wydawnictwie. Na dodatek opatrzył książkę swoim wstępem.


ZK: W szczytowym okresie nagonki Janusz zadzwonił do mnie i powiedział: jedziemy w Bieszczady. Musiał się po prostu odciąć. Bardzo całą sprawę przeżył. Na wydanie książki zdecydował się mając świadomość, że rozpęta ona burzę. Od czasu listy Macierewicza ta sprawa przecież ciągle wracała. Mało kto pamięta, że niektórzy politycy PO wręcz wskazywali IPN jako instytucję, która powinna się jej wyjaśnieniem zająć. Janusz nie dbał o to, że prawda jaką ujawnią historycy nie spodoba się Wałęsie i jego poplecznikom. Miał zwyczaj brania odpowiedzialności za siebie. I tak było tym razem. Nie tylko przyjmował większość ciosów na siebie ale wspierał też autorów, którzy byli pod nieustannym ostrzałem medialnym.

CG: PO szybko rozpoczęła prace nad zmianą ustawy o IPN. Cel był jeden – przejąć kontrolę nad IPN i zastopować reelekcję Kurtyki. Nawet go nie zaproszono na posiedzenie podczas którego omawiano nowelizację. Ustawę przyjęto.

Janusz bardzo to przeżywał. Bał się, że zmiana ustawy doprowadzi do zniszczenia wszystkiego co zostało przez niego zrobione. Nie potrafił wówczas rozmawiać na żaden inny temat. Strasznie dużo go to kosztowało. Widziałam jak w oczach się starzeje, z dnia na dzień. Nie mieściło mu się w głowie, że można niszczyć instytucję, która była tak potrzebna Polakom i która mimo całej nagonki cieszyła się dużym zaufaniem. To była właściwie ostatnia jego walka.

CG: W minionych miesiącach to Pani musiała prowadzić walkę w jego imieniu, Dlaczego doszło do ekshumacji ciała?

ZK: Kiedy z Moskwy przyszła dokumentacja medyczna i ujrzałam ją w prokuraturze, okazało się, że nie ma żadnych zdjęć, ale był pełny dokument dotyczący sekcji zwłok. Zaniemówiłam. Jak to!? Przecież widziałam ciało mojego męża w Moskwie, tuż przed włożeniem do trumny, i nie miało ono żadnych śladów sekcji. Do dziś nie mogę sobie darować, że nie zostałam po identyfikacji do momentu włożenia ciała do trumny. Był tam za to ks. Henryk Błaszczyk. Pytał mnie nawet, czy chcę być obecna przy wkładaniu ciała do trumny. Nie widziałam potrzeby. Wszyscy byliśmy potwornie zmęczeni po trzech dniach pobytu w prosektorium. Ale jesteśmy pewni: na dwie czy trzy godziny przed włożeniem do trumny ciało było bardzo dobrze zachowane. Nie nosiło żadnych śladów sekcji. Jestem tego pewna na sto procent.

CG: Jaka była reakcja polskiej prokuratury?

ZK: Poproszono mnie, żebym wskazała osoby, które widziały ciało. Prócz członków rodziny wskazałam jeszcze pułkownika z prokuratury i księdza. Ten pułkownik zresztą bardzo nam pomógł w identyfikacji. Nam w Moskwie nie pozwalano oglądać ciał. Musieliśmy działać na podstawie poszlak, rzeczy znalezionych w pobliżu i przypisywanych danym osobom. To był potworny bałagan. Rzeczy były zniszczone. Jak zidentyfikować ciało na podstawie białej koszuli i czarnego garnituru? Wszystko było ubłocone, opisy były po rosyjsku, byle jakie tłumaczone na polski. W marynarce Janusza miano znaleźć jakąś zapinkę od krawatu. Nic z tego nie rozumiałam. Janusz nie nosił żadnej biżuterii. Okazało się, że był to spinacz.

CG: I co ostatecznie ustaliła prokuratura?

ZK: Oprócz tego pułkownika wskazałam jako potencjalnego świadka panią Kopacz, która się zaklinała, że oglądała wszystkie ciała. Kiedy zadzwoniłam do prokuratury dowiedziałam się, że swoim zeznaniem przysporzyłam prokuraturze niesamowitej ilości pracy, bo trzeba przesłuchać... 150 osób. Do dziś nie wiem po co 150 osób, kiedy wskazałem tylko kilka? Czyżby oznaczało to, że aż tyle Polaków potencjalnie widziało ciało mojego męża? Dano mi też jednoznacznie do zrozumienia, że przesłuchiwanie pani Kopacz w ogóle nie wchodzi w grę. W końcu na mają wyraźną prośbę przesłuchano księdza. Byłam zdruzgotana. To nie było żadne przesłuchanie. Ot, spotkanie przy kawie. Pytania musiałam zadawać ja - mimo ustawicznego pouczania mnie przez panią prokurator Kosior, że to nie moja rola. W końcu nie wytrzymałam. Ksiądz opowiadał jakieś brednie, bajeczki głównie o swoich przeżyciach emocjonalnych, sugerował, że sekcja była przeprowadzona, bo przecież wszystkie sekcje były przeprowadzone. Wreszcie przyparty do muru przeze mnie stwierdził, że nic nie pamięta.

CG: Co działo się potem?

ZK: Po dłuższym czasie poinformowano mnie, że odbędzie się ekshumacja. Tym razem uznałam, że muszę wszystkiego już sama dopilnować i być przy sekcji. Była to winna Januszowi. Nie było to łatwe. Sama nie wiem jak to przeszłam ale chyba uznałam, że po śmierci Janusza i po tym co spotkało mnie w Moskwie nic gorszego się już nie może zdarzyć. Okazało się, że Rosjanie jednak wykonali swoją sekcję – pomiędzy identyfikacją, a złożeniem ciała do trumny. Na własne oczy widziałam klasyczne cięcia sekcyjne. I widziałam też z jakim „szacunkiem” Rosjanie obeszli się z ciałem. W środku znalazły się chyba wszystkie śmieci jakie były w pobliżu. Ciało było zszyte byle jak. Jestem lekarzem i wiem w jaki sposób obchodzi się z ciałem w czasie sekcji. To co zrobili Rosjanie nazywa się w naszym kręgu cywilizacyjnym i prawnym w bardzo prosty sposób: profanacja zwłok.

CG: Kiedy poznała Pani Janusza Kurtykę?

ZK: Poznaliśmy się w liceum. Byłem po pierwszej klasie, on skończył drugą. To było Liceum nr III im. Jana Kochanowskiego, krakowskie liceum z tradycjami, przeniesione ze Starego Miasta właśnie do Nowej Huty. Byliśmy ze sobą 33 lata.


CG: Kraków w tamtych latach to dwa dość silne ośrodki młodej opozycji. Studencki Komitet Solidarności założony po śmierci Stanisław Pyjasa i tzw. beczka czyli Duszpasterstwo Akademickie.

ZK: Janusz był związany z ludźmi z SKSu. Śmierć Pyjasa to było ważne wydarzenie. Ja jednak zapamiętałam lepiej inne. To był pierwszy dzień wiosny, tzw. dzień wagarowicza 21 marca 1980. Zerwaliśmy się z lekcji i poszliśmy do kina na „Gorączkę sobotniej nocy” z Johnem Travoltą. Po filmie wyszliśmy w doskonałych nastrojach, rozbawieni. Weszliśmy na Rynek i zobaczyliśmy grupkę ludzi, która otaczała człowieka, który właśnie dokonał samospalenia. To był straszne, przejście z świata fikcji do świata horroru.

CG: Był to Walenty Badylak, człowiek, który podpalił się protestując przeciwko tuszowaniu i przemilczaniu zbrodni katyńskiej. Pięć miesięcy później Polska stanęła. Wybuchł Sierpień 80.

ZK: Janusz, kiedy wybuchły strajki był, na praktykach studenckich, na wykopaliskach w Bułgarii. Niespodziewanie pojawił się jednak w Krakowie, przerywając praktykę. Natychmiast ruszył Gdańska razem z Andrzejem Nowakiem, jego przyjacielem. Kiedy wrócił natychmiast zaangażował się w tworzenie NZS. Brał udział w strajkach studenckich. Nie jestem utalentowana w robótkach ręcznych ale była dumna, że udało mi się uszyć dla niego biało-czerwoną opaskę.

CG: Festiwal wolności nie trwał długo.

ZK: Pamiętam początek grudnia 1981. W Krakowie czuło się niepokój. Ludzie się bali. Spodziewali się czegoś złego. W sobotę 12 grudnia, wieczorem rozstaliśmy się z Januszem. Poszliśmy do swoich domów. Mnie obudził krzyk mojego brata. Był wściekły. Włączył radio i wrzeszczał, że to skandal bo nie ma „Sześćdziesiątki” Tylko leciała jakaś muzyka poważna.

CG: Przypomnijmy młodszym czytelnikom, że chodził o słynną audycję radiową „Sześćdziesiąt minut na godzinę”. Kultowy, jakbyśmy dziś powiedzieli program satyryczny.

ZK: Niedługo potem z radia popłynął głos generała ogłaszającego stan wojenny. Janusz przez jakiś czas się ukrywał. Nie bez przyczyny. SB dwa razy pojawiło się u jego rodziców. Lecz go nie zastali. Zaszył się w mieszkaniu kolegi na Rakowickiej na jakieś dwa, trzy tygodnie. Po pierwszych zatrzymaniach i internowania, terror trochę zelżał i chyba przestało im zależeć na zatrzymaniu. Pamiętam, że Wigilię w 81r. Spędziłam bardzo nietypowo, na roznoszeniu ulotek po krakowskich kościołach. SB Januszowi jednak nie dała spokoju. Kilkakrotnie był przesłuchiwany, usiłowano go nawet zwerbować.

CG: W 1983 wzięliście ślub.

ZK: W słynnym kościele na Mistrzejowicach, gdzie działał słynny ksiądz Kazimierz Jancarz, duszpasterz opozycji. W Krakowie postać legendarna, tak znana jak w Warszawie ks. Jerzy Popiełuszko. Ani ja ani Janusz nie byliśmy zachwyceni perspektywą typowego polskiego wesela. Rodzicom nie udało się wytłumaczyć, że to dla nas będzie udręka. Uznaliśmy, że nie mamy wyjścia i musimy się dla rodziny poświęcić. Jakoś przetrwaliśmy. Oboje nie lubiliśmy też pozować do zdjęć. On zawsze niemiłosiernie się krzywił. Dlatego gdy dziś jak patrzę na nasze ślubne zdjęcie wydaje mi się mało naturalne . Któregoś razu Janusz zrobił sobie zdjęcie do paszportu. Wygadał na nim jak bandyta czy terrorysta. Zawsze mnie dziwiło, że go przepuszczają na tym paszporcie przez granicę bez rewizji osobistej.

CG: Zamieszkaliście razem?

ZK: Nie, mieszkaliśmy kątem u moich rodziców. 7 metrów kwadratowych. Nie było łatwo, dlatego dużo czasu spędzaliśmy na mieście, do domu wracaliśmy na noc. Janusz miał swój księgozbiór u swojej mamy i tam pracował. Perspektyw na własne mieszkanie właściwie nie było. Kraków był tzw. miastem zamkniętym. Jeśli nie miało się własnego mieszkania nie było szans na meldunek. Mieszkanie można było kupić na wolnym rynku, za dewizy. Jednak dla nas nawet najmniejsza kawalerka była poza zasięgiem możliwości. Rynek wynajmu właściwie nie istniał. Jego stypendium doktoranckie w Polskiej Akademii Nauk i moje stypendium naukowe to nawet na ówczesne warunki to były grosze. W styczniu 1987 roku zaczęłam pracować. Odebrałam pierwszą pensję. Jeden z moich znajomych postanowił to uczcić. Przed dworcem, gdzie handlowano m.in. tzw. towarami kolonialnymi, zamiast kwiatów kupił mi kilogram bananów. Powiedział, że mi je kupuje, bo nigdy nie będzie mnie na nie stać. Kosztowały ponad połowę mojej pierwszej lekarskiej pensji. Mimo braku perspektyw pamiętam bardzo dobrze, że byłam szczęśliwa.

CG: A jakie jest pani najsilniejsze wspomnienie sprzed katastrofy? Ten sobotni poranek 10 kwietnia, zanim jeszcze dowiedziała się pani, co się stało?

ZK: Obudziłam się z takim uczuciem zadowolenia, że wreszcie nie spałam w hotelu i jak to dobrze, że konferencja naukowa, w której wtedy brałam udział jest tak blisko, że mogę nocować we własnym domu. Dopiero potem zdałam sobie sprawę, że obudziłam się dokładnie w tym momencie w którym oni tam ginęli.

Wywiad ukazał się w tygodniku „Do Rzeczy”, 5/2013 (25 II- 3 III)

/Redakcja/

Polecamy na podobny temat

Janusz Kurtyka jakiego nie znałem

Link

Prof. Janusz Kurtyka opiekun i obrońca pamięci narodowej

Link

Relacja z konferencji JANUSZ KURTYKA Rzeczypospolitej historyk i urzędnik

Link

Pożegnanie Janusza Kurtyki – wideo

Link

Wykład Zuzanny Kurtyki: Janusz Kurtyka - kustosz pamięci, relacja Józefa Wieczorka

Link

Chyba ostatnie pożegnanie Janusza Kurtyki - 26.03.2012 - nasza relacja

Link

Zuzanna Kurtyka dla pomniksmolensk.pl: Janusz Kurtyka był inwigilowany, oboje mieliśmy tego pełną świadomość

Link

Relacja z odsłonięcia tablicy poświęconej pamięci Janusza Kurtyki, Kraków, Kościół Reformatów

Link

Otwarcie oficjalnej strony poświęconej Januszowi Kurtyce - nasza relacja z Katowic

Link

Wideo z konferencji: JANUSZ KURTYKA Rzeczypospolitej historyk i urzędnik

Link

Cyranka - Śladami Janusza Kurtyki

Link

Decyzja o nadaniu bibliotece w Przemyślu imienia Janusza Kurtyki

Link

Dziś tak bardzo nam Go brakuje

Link

Tego nie mówiłem publicznie... - red. Cezary Gmyz dla pomniksmolensk.pl - nasz wywiad

Link

Nowy blog na pomniksmolensk.pl - Grove Oak: Cezary Gmyz - "Trotyl i nitrogliceryna" rzecz o wisach, granatach i tygrysach

Link

Cezary Gmyz w Tarnowie - 17.12.2012: Informacje o strzałach na miejscu katastrofy potwierdziło czterech świadków - nasza relacja foto i wideo

Link

TNT - To Nie Trotyl - Zuzanna Kurtyka o cenzurze, komunikacie prokuratury, odpowiedzi USA na petycję We the People i otwarciu strony poświęconej Januszowi Kurtyce

Link

Dotrzemy do prawdy, z Zuzanną Kurtyką rozmawia Kajetan Rajski - wywiad nieopublikowany ze względu na cenzurę:

Link


Komentarze
#1 | Wojciech Franciszek D dnia 28.02.2013
czekam na poranek Smile
W sprawie DoRzeczy jeszcze .
Jak dziś posłuchałem http://www.youtub...ADGM9YqiFs i poczytałem komentarz na frondzie to trochę się uspokoiłem (dziwne że teraz na Frondzie i filmiku i komentarza nie ma , zdjęli ? dlaczego?)

Jednak jak przeczytałem to http://dorzeczy.p...zji-trwam/

to trochę się zatrwożyłem czy znowu nie zostali chłopaki wpuszczeni w szambo jako w perfumy
#2 | Artur dnia 27.02.2013
Wywiad jest gotowy, zapraszam rano na portal.
#3 | Kazia dnia 26.02.2013
Rozmówca - pewnie że jest ważny ale osobowość pytającego jest bardzo ważna. Oglądałam kiedyś taki wywiad z Panem Antonim Macierewiczem - i nie byłam w stanie obejrzeć go do kóńca, pytania były nudne a sam sposób ich zadawania - każde słowo to nie było złoto, ale platyna, diament, kamień filozogficzny. Okazuje się że nawet tak doskonały rozmówca nie jest w stanie zagwarantować dobrego wywiadu, więc nie bądź taki skromny.
#4 | Wojciech Franciszek D dnia 26.02.2013
dzięki z info . pozdrawiam.
#5 | Artur dnia 26.02.2013
Przełożyliśmy nagranie z przyczyn obiektywnych - nie czekajcie Smile. Ale pytania są gotowe i mam nadzieję że wkrótce temat wróci.
#6 | Artur dnia 26.02.2013
Kazia bez przesady. Rozmówca to podstawa. Pozdrawiam
#7 | Artur dnia 26.02.2013
WFD - zdaje się że w Do Rzeczy jest mniej niż powyżej. Jeszcze nie kupiłem, ale dziś wieczorem to zrobię. Pozdrawiam
#8 | Kazia dnia 26.02.2013
Z przyjemnością posłucham kolejnego wywiadu Artura, trzeba przyznać że jego sposób prowadzenia takowych dorównuje jeśli nie przewyższa te autorstwa "zawodowych" dziennikarzy. A ten zamieszczony równolegle w tygodniku - owszem, też ciekawy ale pewne wątki już nie raz były z naszą Naczelną poruszane, nie tak dawno zamieściliśmy długaśny wywiad z K. Rajskim, w którym została drobiazgowo wręcz przepytana. Zatem - czekamy.
#9 | Wojciech Franciszek D dnia 26.02.2013
Artur , czekam na wywiad i poszerzenie .
Powyższy czytałem w wersji papierowej , super.
Pozdrawiam
#10 | Jacek Mruk dnia 26.02.2013
Atak bandytów i kapusiów na Kurtykę był zrozumiały, bo zagrażał ich posadom. Szkoda że nie oczyszczono stajni na początku przemian. Jednak na to miał wpływ brak selekcji mend pokroju Bolka. Mając to na uwadze teraz musimy być przygotowani i zabezpieczeni by takie mętne postacie nie miały dostępu do stanowisk.
Pozdrawiam
Dodaj komentarz
Tylko zarejestrowani użytkownicy mogą dodawać komentarze

ZALOGUJ SIĘ aby móc dodać komentarz.

ZAREJESTRUJ SIĘ aby móc dodać komentarz.

Powrót na stronę główną