Nasze Radio Logos nadaje. Program na 24.08.2016: Prof. T. Marczak: Przemówienie pod Konsulatem Niemiec - godz. 1:00, 10:00, 19:00, 24:00. Janusz Dobrosz: Polityczno prawne aspekty układu poczdamskiego - godz. 1:30, 10:30, 19:30. Prof. M. Dyżewski: Muzyczny ogród Panny Maryi - godz. 2:00, 11:00, 20:00. Prof. R. Szeremietiew: Geocywilizacyjne zagrożenia dla bezpieczeństwa Polski, cz. 1 - godz. 3:00, 12:00, 21:00. Prof. T. Marczak: Perspektywy rozwoju kwestii ukraińskiej, cz. 1 - godz. 3:30, 12:30, 21:30. Prof. T. Marczak, cz. 2 - godz. 4:35, 13:35, 22:35. L. Żebrowski: Zdrajcy i Bohaterowie, cz. 1 - godz. 6:00, 15:00. L. Żebrowski: Zdrajcy i Bohaterowie, cz. 2 - godz. 7:15, 16:15. Dr S. Krajski: Polska i masoneria. W przededniu wielkiego krachu, cz. 1 - godz. 8:00, 17:00. Dr S. Krajski, cz. 2 - godz. 9:30, 18:30. Między audycjami muzyka.
Nasze Radio Logos - ramówka

Ostatnie komentarze
Z działu "Aktualności":
oraz z pozostałych stron:


Polecane artykuły
Najnowsze artykuły

Tagi

Aktualności

  

Być może po wielokroć zadawaliśmy sobie i nadal będziemy zadawać pytanie o słuszność papieskiej decyzji. We mnie budzi ona przede wszystkim ogromny podziw dla jego poczucia odpowiedzialności i odwagi. Jest w tym również tak wiele pokory. Tylko człowiek wielkiego formatu może zdobyć się na taki krok wiedząc, że zwyczajnie niedomaga. Jan Paweł II też rozważał podobny krok i – co ciekawe – odwodził go od niego właśnie kard. Ratzinger.
24.02.2013r.


„Mistrzu, dobrze, że tu jesteśmy”.

      Analizując otaczającą nas rzeczywistość odnosimy wrażenie, że obecnie mało byłoby powodów do tego, byśmy powtórzyli za św. Piotrem powyższe słowa. A one jednak są. I nad nimi się dzisiaj zatrzymajmy. Tam, na Górze Tabor dokonało się wielkie wydarzenie. Ujrzeć Pana w innym wymiarze – a tego byli świadkami Apostołowie – było niewyobrażalnie pięknym i niepowtarzalnym przeżyciem. Dotąd widzieli Go jedynie w ludzkim wymiarze. Nic dziwnego, że nie do końca rozumieli znaczenie samego przemienienia, ale – przeżywając nieznane dotąd doznania – nie chcieli, by one się skończyły. Tak bardzo pragnęli, by to trwało bez końca. Ta niezwykła Boża radość opanowała ich bez reszty.

      Pomyślmy, ileż to razy – czasem cicho, delikatnie, a czasem na cały głos chciało nam się krzyczeć: „Mistrzu, dobrze, że tu jesteśmy.” Może były to chwile prywatnych, modlitewnych uniesień, a może ważne wydarzenia, czy niezwykłe osoby, obok których nikt z normalnie odczuwających ludzi nie może przechodzić obojętnie. Do tych ostatnich niewątpliwie można zaliczyć Ojca św. Benedykta XVI. W najbliższych dniach kończy on blisko ośmioletni pontyfikat. Ta – nie boję się tego określenia – charyzmatyczna osoba, jak też wierna służba Chrystusowi i Kościołowi sprawiła, że wielu z nas po wielokroć pragnęło wołać tak jak na Górze Tabor: „Panie, dobrze, że tu jesteśmy”.

      Już w chwili wyboru ujęła jego niezwykła prostota i bezpośredniość, co u tak znamienitych uczonych (a takim jest niewątpliwie J. Ratzinger) bywa raczej rzadką cechą. Być biskupem Rzymu po Janie Pawle II to nie lada wyzwanie. „Pancerny kardynał” (o dziwo, nikt nie nazywał go „pancernym papieżem”, choć my to doskonale rozumiemy) zawsze podkreślał, że towarzyszy mu wciąż obecność wielkiego Poprzednika. Kontynuuje do dziś to, co rozpoczął polski papież. Jedno nie ulega najmniejszej wątpliwości: - przyszło Benedyktowi kierować Kościołem w niezwykle trudnych czasach. Ale to pozostawmy do rozważania socjologom, psychologom społecznym, teologom czy historykom. Tutaj ograniczę się do zacytowania wypowiedzi ks. prof. Tadeusza Guza z Katolickiego Uniwersytetu Lubelskiego, który lapidarnie stwierdził o Benedykcie, ze mamy do czynienia „(…) z taką postacią w dziejach Kościoła, w dziejach nauki i świata, która należy do centralnych postaci; postaci, które wywierały i wywierają największy, najbardziej fundamentalny, gruntowny i jednocześnie niezwykle konstruktywny wpływ na całą historię świata – nie tylko na historię Kościoła”.

      Kierowani myślą przewodnią dzisiejszej refleksji przypomnijmy sobie chwile, kiedy – za sprawą ustępującego Papieża – chcieliśmy wołać: „Dobrze, że tu jesteśmy”. Zapewne będą to różne chwile, ale pozwolą Państwo, że przytoczę jedynie (choć było ich tak wiele) dwa, które mnie (choć pewnie nie tylko) jakoś wyjątkowo ujęły.

      Nie trzeba było tam być osobiście, by się zorientować, że Światowe Dni Młodzieży w Kolonii w 2005 r. to wydarzenie bez precedensu. Orędzie na nie i zaproszenie napisał jeszcze Jan Paweł II. Jego następca był więc nam jakoś szczególnie bliski. Chcieliśmy w nim wiedzieć i widzieliśmy Papieża-Polaka. Przed wyjazdem do Niemiec Benedykt podkreślał, że młodzieży całego świata, z którą spotka się w Kolonii, chciałby ukazać przede wszystkim jak to cudownie jest być chrześcijaninem. I ukazał. Na wszystkich etapach tej podróży Ojciec św. budził w sercach ludzi, nie tylko młodych, entuzjazm, wiarę, nadzieję i miłość, płynące z osobistego przylgnięcia do Chrystusa, żyjącego we wspólnocie Kościoła. Atmosferę i odczucia, także wielu z nas, bardzo dobrze oddają słowa, które wypowiedział wtedy prezydent Niemiec Horst Köhler: „Zadziwiła nas nie tyle wielka liczba uczestników, co ich zaraźliwa radość. Duch zrozumienia i pokoju, ten duch, który każe szukać celów poza tym, co materialne, panował w tych dniach w sercach uczestników. I to właśnie jest dar Światowego Dnia Młodzieży”. Właśnie ten „duch zrozumienia i pokoju” dawał nam wewnętrzna harmonię i prawdziwą radość. „Dobrze, że tam byliśmy”. Choć niekoniecznie osobiście. Większość miała taką możliwość dzięki mediom, które – co im się raczej bardzo rzadko zdarza – przynajmniej wtedy stały się heroldami ofiarnej miłości Chrystusa, stanowiącej najważniejsze przesłanie Kościoła skierowane do każdego i każdej z nas. Bogatsi o tę wiedzę, śladami Mędrców ze Wschodu, przybywajmy szczególnie teraz, w czasie Wielkiego Postu, przed oblicze Pana, aby „oddać Mu pokłon” (Mt 2, 2) i nabrać sił do świadczenia o Nim w naszej trudnej codzienności.

      I drugi moment, którego nie da się zapomnieć, a dzięki któremu chciało nam się wykrzyczeć do Boga i do ludzi: „Dobrze, że tu jesteśmy”. Pielgrzymka do Polski. Chwile niezapomniane, przywołujące na pamięć spotkania z Janem Pawłem II. Benedykt XVI, przyjeżdżając do naszej Ojczyzny wiedział, że przyjdzie mu stanąć oko w oko z jednej strony z faktem, z historią, a z drugiej strony z symbolem najstraszniejszych zbrodni XX wieku. Co więcej – zrodziły się one w jego rodzinnym kraju. Miejsce tragiczne. A jednak dobrze, że Papież tam był i dobrze, że my byliśmy obok niego. Stojąc pośród prochów ponad miliona ludzi pytał jak starotestamentalny prorok: „Panie, dlaczego milczałeś? Dlaczego na to przyzwoliłeś?” Stawiając to pytanie radził nam, byśmy w poszukiwaniu odpowiedzi nie bagatelizowali tych kart historii, które opisują nasze ciemne myśli, słowa i uczynki, a zwłaszcza zaniedbania. Chcąc zrozumieć ten świat, tę ziemię, na której Bóg nas postawił, czyli, na której żyjemy, trzeba mocno zakorzenić się w historię. Samo jednak patrzenie na bezmiar cierpienia, może trochę ten straszny świat rozświetlić, ale nie wyprowadzi nas z bezradności. Nieco bardziej przybliżył nam Benedykt tę kwestię w Krakowie: „Dlaczego stoicie na ziemi? Odpowiadamy: Stoimy na ziemi, bo tu postawił nas Stwórca (...) „Dlaczego wpatrujecie się w niebo?” (bo) Jesteśmy wezwani, by stojąc na ziemi, wpatrywać się w niebo — kierować uwagę, myśl i serce w stronę niepojętej tajemnicy Boga. By patrzeć w kierunku rzeczywistości Bożej, do której od stworzenia powołany jest człowiek. W niej kryje się ostateczny sens naszego życia.” W tym rozumieniu wiemy, że Bóg nie milczy, ale odpowiada, a jego odpowiedź usłyszy każdy, kto nawet drży ze strachu, upada, wątpi, grzeszy, ale jednocześnie kurczowo trzyma się tego miejsca, w którym Pan go postawi; ten, kto, mimo słabości, chce podnosić się z upadku. Takimi właśnie byli Maksymilian Kolbe i Edyta Stein, jasne gwiazdy Auschwitz-Birkenau. Ich obecność w tym „piekle” sprawiała, że nawet tam życie stawało się – wbrew wszystkiemu i wszystkim – jaśniejsze i łatwiejsze do zniesienia.

      To tylko drobne wycinki z życia i dzieła niezwykłego człowieka, o którym już dziś się mówi, by zaliczyć go w poczet Doktorów Kościoła. Na koniec zwrócę uwagę na jeszcze jedną rzecz. Decyzję o abdykacji ogłosił w Święto Matki Bożej w Lourdes, Światowy Dzień Chorego. Stało się tak zapewne nie tylko z powodu faktu, że sam jest człowiekiem bardzo podeszłym w latach, z czym – co zrozumiałe – wiążą się ograniczenia fizyczno-duchowe. Chce przede wszystkim podkreślić z którą częścią ludzkości i Ludu Bożego utożsamia się najbardziej. Wie, że ci ludzie mają wyjątkowy udział w życiu społeczności nie tyle przez podejmowane, czasem niezwykle trudne, decyzje, ale poprzez los, który im Bóg przeznaczył. Jakaż to dziwna analogia do tych, którzy przeżywali np. oświęcimską gehennę.

      Być może po wielokroć zadawaliśmy sobie i nadal będziemy zadawać pytanie o słuszność papieskiej decyzji. We mnie budzi ona przede wszystkim ogromny podziw dla jego poczucia odpowiedzialności i odwagi. Jest w tym również tak wiele pokory. Tylko człowiek wielkiego formatu może zdobyć się na taki krok wiedząc, że zwyczajnie niedomaga. Jan Paweł II też rozważał podobny krok i – co ciekawe – odwodził go od niego właśnie kard. Ratzinger. Ten ostatni doskonale wiedział, że Polak to człowiek niezwykle odporny fizycznie i duchowo. Nie było powodów, by musiał ustępować z tronu Piotrowego, bo jego siły – zwłaszcza te duchowe – nie opuszczały go do śmierci. Dlatego trwał do końca. Tak trwał będzie zapewne i Benedykt XVI, chociaż nieco w innej roli, ale na pewno zawsze w duchu odpowiedzialności za przyszłość Chrystusowej Owczarni. A to, w jaki sposób będzie jej służył, nie już ma aż tak wielkiego znaczenia.

/ks. Wiesław Multan/

Nasze blogi:






Komentarze
#1 | Jacek Mruk dnia 24.02.2013
Nadzieja i Wiara to naszej Wiary podstawa.
Pozdrawiam
#2 | Kazia dnia 24.02.2013
Jest już po ostatnim "Aniele Pańskim" z papieżem Benedyktem XVI - mnóstwo osób przybyło aby pożegnać się z nim i wspólnie "oddać pokłon". Pamiętam relację z wizyty Papieża w Auschwitz, w czasie której aura zafundowała wspaniałą scenerię - najpierw zza pochmurnego nieba wyszło w czasie przemówienia słońce i snop promieni odsłaniał kolejno "plan główny" przesuwając się za papieżem. A na koniec pojawiła sie tęcza.
Dziękuję za istotne refleksje, z którymi Ksiądz się z nami podzielił. Pozdrawiam.
Dodaj komentarz
Tylko zarejestrowani użytkownicy mogą dodawać komentarze

ZALOGUJ SIĘ aby móc dodać komentarz.

ZAREJESTRUJ SIĘ aby móc dodać komentarz.

Powrót na stronę główną