Nasze Radio Logos nadaje. Program na 24.08.2016: Prof. T. Marczak: Przemówienie pod Konsulatem Niemiec - godz. 1:00, 10:00, 19:00, 24:00. Janusz Dobrosz: Polityczno prawne aspekty układu poczdamskiego - godz. 1:30, 10:30, 19:30. Prof. M. Dyżewski: Muzyczny ogród Panny Maryi - godz. 2:00, 11:00, 20:00. Prof. R. Szeremietiew: Geocywilizacyjne zagrożenia dla bezpieczeństwa Polski, cz. 1 - godz. 3:00, 12:00, 21:00. Prof. T. Marczak: Perspektywy rozwoju kwestii ukraińskiej, cz. 1 - godz. 3:30, 12:30, 21:30. Prof. T. Marczak, cz. 2 - godz. 4:35, 13:35, 22:35. L. Żebrowski: Zdrajcy i Bohaterowie, cz. 1 - godz. 6:00, 15:00. L. Żebrowski: Zdrajcy i Bohaterowie, cz. 2 - godz. 7:15, 16:15. Dr S. Krajski: Polska i masoneria. W przededniu wielkiego krachu, cz. 1 - godz. 8:00, 17:00. Dr S. Krajski, cz. 2 - godz. 9:30, 18:30. Między audycjami muzyka.
Nasze Radio Logos - ramówka

Ostatnie komentarze
Z działu "Aktualności":
oraz z pozostałych stron:


Polecane artykuły
Najnowsze artykuły

Tagi

Aktualności

  

Kolejny fragment książki, od wczoraj już w sprzedaży.
07.12.2011r.


/Artur/


Trailer książki:




      Fragmenty wywiadu Dariusza Walusiaka z Ewą Błasik.

Czy Katyń funkcjonował w świadomości Pani męża?

Oczywiście. Oboje interesowaliśmy się historią. Oboje pochodzimy z rodzin prawicowo-katolickich. Tak się cudownie dobraliśmy. Mama męża była nauczycielką. Uczyła prawdziwej, wówczas zakazanej historii. Była to niesamowita kobieta, ciesząca się wielkim autorytetem. Wychowała wielu księży, prawych Polaków. Dumna była niezwykle, że ma syna oficera. Zmarła, jak mąż był podpułkownikiem. Na pogrzebie były tłumy ludzi, jej wychowanków.
Ja natomiast jestem wnuczką Stanisława Buczyło żołnierza marszałka Józefa Piłsudskiego. Dziadek mówił do mnie wierszem. Do dziś pamiętam fragmenty: „Stoję na warcie, może Bóg się ulituje i od ruskiej kuli uratuje”. Dziadek nie zapisywał tych wierszy, tylko mówił je z pamięci. Dużo rozmawialiśmy o prawdziwej polskiej historii, szczególnie w święta Bożego Narodzenia, kiedy do stołu zasiadała cała rodzina.
Drugi dziadek, niezwykle kochający Polskę, był nieco młodszy. Walczył w czasie drugiej wojny światowej. Nienawidził komuny. Płakał, gdy opowiadał mi o Katyniu. To była dla mnie wielka lekcja patriotyzmu, którą wyniosłam z domu.
Pierwszy dziadek z okazji moich narodzin w 1963 roku postawił przed swoim domem krzyż. Drugi zbudował przed domem kapliczkę z Chrystusem Zmartwychwstałym. Miał z tego powodu duże nieprzyjemności. Były to przecież czasy, kiedy demonstracja przynależności do Kościoła nie była mile widziana.

Czy ktoś z rodziny Pani męża zginął zamordowany przez sowiecką NKWD?

Mąż miał krewnego, żołnierza armii Hallera, który został zamordowany w twierdzy twerskiej. W jego intencji chciał przyjąć Komunię Świętą w Katyniu. Taką misję sobie wyznaczył.
Oboje – razem z dziećmi – byliśmy na filmie „Katyń” Andrzeja Wajdy. Bardzo mądrze postąpił były Minister Obrony Narodowej śp. Aleksander Szczygło. Kiedy został Ministrem Obrony Narodowej, wysłał wojsko do kina na film Katyń. Uważaliśmy, że jest to świetny pomysł. Wielka sprawa. Nam się to niesamowicie podobało. Wojsko powinno zobaczyć ten film.
Podczas projekcji widziałam, jak ogromne wrażenie zrobiła na mężu scena haniebnego mordu polskich oficerów.

Kiedy mąż Pani decydował się wstąpić do dęblińskiej „Szkoły Orląt”, wiedział, że będzie służył w ludowym wojsku całkowicie podporządkowanym sowieckiej Rosji.


Nasze pokolenie w dorosłe życie wchodziło u schyłku komuny. Wszystko powoli zbliżało się do 1989 roku, do wolnej Polski.
Kiedy maż kończył szkołę lotniczą w Dęblinie w 1985 roku, Polska była jeszcze w Układzie Warszawskim. Andrzej był wówczas jednym z pierwszych pilotów wyszkolonych na Su-22. Ci chłopcy, młodzi piloci w stopniu podporucznika, zupełnie nie utożsamiali się z władzą komunistyczną. Dla nich najważniejsze było latanie. Byli w stanie poświęcić temu całe przyszłe życie.
W tamtych czasach wojsko było szczególnie inwigilowane. Oficerowie nie mogli brać kościelnych ślubów. Piętnowano wszelkie kontakty z Zachodem. Kariera w wojsku uzależniona była od lojalności wobec komunistów.
Nam się to wszystko nie podobało. Buntowaliśmy się. Pocztą otrzymywaliśmy z Zachodu książki z informacjami o NATO. Moja ciocia i wujek w czasie wojny zesłani zostali na roboty do Niemiec. Po wyzwoleniu nie wrócili do kraju, zamieszkali w Essen. Ich syn przysyłał nam książki, których z powodu cenzury nie można było kupić w Polsce.
Mąż i jego koledzy piloci spragnieni byli informacji o tym, co dzieje się na Zachodzie. Wszystko, co docierało do nich, pochłaniali niemal natychmiast. Przekornie mówili o sobie: „My jesteśmy chłopcy z Colorado Springs”.
Wiadomo, że w tamtych czasach wojskowych zagranicę wysyłano tylko do Moskwy na tamtejsze akademie.

Czy Pani mąż był świadom, że jeżeli będzie chciał zrobić karierę w wojsku, to będzie musiał również studiować w Moskwie?


Mąż był pilotem „z krwi i kości”. Nie dlatego poszedł do wojska, że chciał robić karierę. Od piętnastego roku życia latał w aeroklubie łódzkim. Swoją powietrzną przygodę zaczynał jako młody chłopak. Szkolili go najlepsi piloci, między innymi Ryszard Michalski, mistrz świata w lataniu precyzyjnym.
Andrzej zafascynowany był historią naszych asów lotniczych z okresu drugiej wojny światowej. Latanie było dla niego najważniejsze. Nigdy nie chciał robić kariery. Nie znosił tego słowa. Zawsze prosił mnie o to, bym nie mówiła mu o jakiejkolwiek karierze lotniczej. Pragnął być tylko pilotem. Zresztą do końca życia nim pozostał. W powietrzu czuł się jak ryba w wodzie.

Czy mąż Pani znał pilotów, którzy usiedli za sterami Tu-154 10 kwietnia 2010 roku?


Mój mąż miał tysiące ludzi pod sobą. Niezwykle cenił sobie prawdę i uczciwość. Musiał mieć zaufanie do swoich lotników. Podkreślał to na każdym kroku. Podstawą dla niego było bezpieczeństwo.
Znał dobrze kpt. Arkadiusza Protasiuka, dowódcę samolotu Tu-154. Niezmiernie go cenił za fachowość. Na początku roku nagrodził go za prawdziwy wyczyn, jakim był lot powrotny z Haiti, gdzie tupolew poleciał z misją humanitarną. W samolocie popsuł się wówczas autopilot i kpt Protasiuk przez wiele godzin ręcznie pilotował tupolewa do Warszawy. W środowisku lotniczym mówiono wtedy o mistrzowskim locie.
Rozmawiałam z pilotami 36. Specpułku, którzy latali z moim mężem. Są zbulwersowani tym, że grupka ludzi, chcąc bronić kpt. Protasiuka, nagadała bzdur dziennikarzom. Ktoś ich podkręca, żeby broniąc załogę, oskarżali mojego męża. To nie ma nic wspólnego z prawdą. Ani kpt Arkadiusz Protasiuk, ani mój mąż nie są winni tej tragedii.

A jak układała się współpraca gen. Błasika z ministrem Bogdanem Klichem?

Żołnierz służy ojczyźnie, a nie wdaje się w żadną politykę. Razem z mężem szanowaliśmy każdego wybranego demokratycznie prezydenta czy ministra. Dla nas byli to ludzie godni szacunku. Dziwi mnie teraz zachowanie ministra Klicha, który raz mówi, że po katastrofie Casy chciał odwołać mojego męża, to znów temu zaprzecza.
Kiedy po katastrofie Casy w 2008 roku napisano w gazetach, że chcą zdymisjonować mojego męża, rano zadzwonił minister Klich i zapewniał, że nawet przez myśl mu to nie przeszło. Byłam świadkiem tej rozmowy. A teraz, po śmierci męża, nie dość, że go nie broni, to jeszcze mówi, że chciał go odwoływać. Jestem bardzo ciekawa z jakiego powodu.

Pani mówi, że minister Klich nie broni gen. Błasika. Tymczasem minister twierdzi, że bronił go już na pogrzebie. Gdzie właściwie leży prawda?

Na pogrzebie mówił prawdę. Jak dobrze pamiętam, powiedział: „Jeżeli ktoś podniesie rękę na twój dorobek, to ja będę tego dorobku bronił”. Ale teraz nie wiem, dlaczego tego, o czym mówił, nie robi.

10 kwietnia rano gen. Błasik musiał wyjechać na lotnisko. Jak Pani zapamiętała ten dzień?


Tego ranka wszystko odbyło się jak zwykle. Pożegnałam męża. Jeszcze 9 kwietnia planował, że wszyscy dowódcy polecą Jakiem-40, a nie Tu-154 .

Czy obawiał się, że w samolocie, którym leci prezydent, nie będzie miejsca dla generałów Wojska Polskiego?

On nigdy się nigdzie nie pchał. Był skromny. Nawet tak się złożyło, że jego pogrzeb był ostatni. On, tak jak kapitan na okręcie, ostatni schodził z pokładu. Jakby sam tego chciał, został z tego grona dziewięćdziesięciu sześciu ofiar pochowany na końcu.

Kiedy odbył się pogrzeb?


28 kwietnia.

Wróćmy jednak do 10 kwietnia i ostatnich chwil, które spędziła Pani z mężem.

9 kwietnia wieczorem pożegnałam męża w obecności dzieci. Powiedziałam wtedy: „Andrzejku, bardzo Cię kocham. Godnie reprezentuj nas w Katyniu”. Ja również chciałam tam polecieć. Przy podobnych uroczystościach wielokrotnie mu towarzyszyłam. Tym razem, dzięki Bogu, nie było miejsca w samolocie.
Rano 10 kwietna założył galowy mundur, ubrał białą koszulę. Przyjechał po niego kierowca. Później opowiadał mi, że mąż tego dnia był bardzo pogodny. Przywitali go na lotnisku pułkownicy pełniący służbę w 36. Specpułku. Po chwili podjechał szef Sztabu Generalnego gen. Gągor. Przywitali się. Wszyscy dowódcy udali się do saloniku – poczekalni dla VIP-ów w wojskowej części lotniska Okęcie. Nikt ze świadków nie słyszał, aby były jakiekolwiek rozmowy o pogodzie nad Smoleńskiem. Odbywało się wszystko jak zawsze. Nie było tam nikogo z załogi.
Mąż w takiej sytuacji kontaktował się z dowódcą pułku i dowódcą bazy. Tym razem na Okęciu był zastępca dowódcy bazy oraz zastępca dowódcy 36. Specpułku. To oni byli dla niego partnerami do rozmowy, a nie dowódca załogi czy ktoś inny. Wszystko odbywało się spokojnie.

A skąd Pani wie, jak wyglądały oczekiwania na samolot?

Są świadkowie, ci, którzy ich obsługiwali, dowódcy, osoby, które odprowadzały wylatujących. Wszyscy mówią, że była spokojna atmosfera. Jestem przekonana, że w poczekalni mąż uzgodnił z szefem Sztabu Generalnego gen. Franciszkiem Gągorem, kto będzie składał meldunek prezydentowi. Uczestniczyłam w wielu uroczystościach i wielokrotnie byłam świadkiem takich ustaleń. Wiem, jak w takiej chwili Polscy generałowie się zachowują. Oni omawiali między sobą, co do kogo należy. Nie przypominam sobie, czy mąż miał kiedykolwiek wcześniej przyjemność lecieć z prezydentem – zwierzchnikiem Sił Zbrojnych. Uzgodniono – jak mi powiedziano później – że Andrzej złoży krótki meldunek prezydentowi Lechowi Kaczyńskiemu.
Kiedy ogłoszono komunikat, żeby wszyscy udali się do samolotu, pasażerowie powoli zaczęli opuszczać poczekalnię. Nie podjeżdżano autobusami, tak jak to się zwykle odbywa, ponieważ samolot stał blisko portu lotniczego.
Męża odprowadzali pułkownicy z 36. Specpułku. Podchodząc do samolotu, jeden z pułkowników powiadomił kpt. Protasiuka, że gen. Błasik będzie towarzyszył mu przy składaniu meldunku prezydentowi. Jako dowódca Sił Powietrznych, de facto pełniący rolę gospodarza, miał do tego pełne prawo. Pan Andrzej Klarkowski, doradca prezydenta, był tego świadkiem. Mój mąż przywitał się z dowódcą załogi kpt. Protasiukiem, którego cenił za profesjonalizm.
Przed wylotem mąż rozmawiał także z ministrem Mariuszem Handzlikiem. W tym czasie kpt Protasiuk sprawdzał samolot. Były to rutynowe czynności. Potem pasażerowie zajęli miejsca na pokładzie. Dowodzenie przejął już dowódca załogi samolotu. Dla mojego męża na pokładzie dowódca załogi był świętością. Wszyscy wiedzą, że bardzo oburzał się na polityków, którzy przeszkadzali pilotom i w różnych sytuacjach próbowali wywierać na nich nacisk.

Jeżeli mówi Pani o naciskach na pilota, to przecież pamiętamy lot do Gruzji w 2008 roku. Odbywał się on w warunkach wojennych. Pilot nie zdecydował się lądować w Tbilisi. Uznał, że może być to niebezpieczne. Później rozgorzała dyskusja, czy mimo nacisków prezydenta mógł odmówić lądowania. Jakie wówczas było stanowisko męża?
Pamiętam dobrze ten dzień. 12 sierpnia był pogrzeb mojej mamy. Andrzej odbierał wtedy dużo telefonów i mówił – słyszałam dobrze: „Przecież dowódca załogi jest na miejscu i on widzi całą sytuację, ocenia zagrożenie i podejmuje odpowiednie decyzje. Nikt nie ma prawa nakazywać mu czegokolwiek”.
15 sierpnia mąż spotkał się z prezydentem, który chciał wiedzieć, kto miał rację. Andrzej powiedział wtedy: „Panie prezydencie, dowódca załogi zrobił wszystko, co możliwe, dla bezpieczeństwa osób znajdujących się na pokładzie”. Prezydent powiedział wówczas: „Dla mnie jest to wystarczająca rekomendacja”. Maż opowiedział mi o tym spotkaniu dokładnie. Dla niego było to bardzo istotne. Zresztą nie tylko ja mogę to potwierdzić, ale również dowódcy, z którymi mąż pracował.

Co się działo 10 kwietnia w samolocie lecącym do Smoleńska, tego chyba nigdy do końca się nie dowiemy...


Andrzej na pokładzie samolotu był gwarantem, że nikt nie naciskał na pilotów. Mąż mógł najwyżej być w salonce prezydenckiej. Mówi się, że miał otwarte uszkodzenia, bo nie miał zapiętych pasów.
Jego ciało zostało znalezione w tym samym czasie, co ciała innych dowódców. Prawdopodobnie był w saloniku ze wszystkimi generałami. Oni mieli tam swoje miejsca. Wcześniej było ustalone, kto gdzie siądzie. Żona gen. Gągora mówiła, że oni wszyscy byli w jednym saloniku.

Czy ktoś poinformował Panią oficjalnie o śmierci męża?

10 kwietnia wszystkie informacje, jakie do nas docierały, pochodziły z telewizji. Dopiero później zadzwonił do mnie premier i złożył kondolencje. Dzwonił też minister Bogdan Klich. W tym czasie było dużo telefonów z całego świata. Wszyscy przekazywali wyrazy współczucia. Przyjechał do mnie zastępca mojego męża i pocieszając powiedział, że prawie wszyscy generałowie są ze mną. W lotnictwie wiedziano, jakim Andrzej był człowiekiem. Jego podwładni, koledzy piloci również przeżyli ciężko tę stratę.
Cały czas, do momentu wyboru nowego zwierzchnika Sił Powietrznych czułam opiekę wojska. Później nowy dowódca powyrzucał ludzi mojego męża, zastąpił ich swoimi. Zrobiono czystkę, tak jak w pałacu prezydenckim.

Czy zgadzała się Pani z decyzją władz polskich w sprawie przekazania śledztwa stronie rosyjskiej?


Porównywałam to z katastrofą białoruskiego Su-27 w Radomiu. Widziałam, jak tę sprawę załatwiono. Rozmawiałam z pilotami, którzy wchodzili w skład komisji badającej ten wypadek. Była pełna współpraca Białorusinów z Polakami. Odbywało się to z obopólnym zaufaniem. Wiem, że nie było żadnych nieporozumień. Każdemu zależało na ustaleniu przyczyn katastrofy.
Sądziłam, że i tym razem odbędzie się to podobnie, że ujawnione zostaną prawdziwe przyczyny. Nie przypuszczałam, że będziemy świadkami rozgrywek politycznych i mówienia tylko o tym, co komu pasuje.
Bardzo zdenerwował mnie płk Edmund Klich, akredytowany polski przy komisji MAK. Nie znając mojego męża, przypisywał mu całą winę, wtórując Rosjanom. Nigdy w to nie uwierzę, że Andrzej był w kokpicie! On by się tak nie zachował! Nie latał tym samolotem. Wierzył, że ma dobrze wyszkolonych pilotów. Wiedział, jak ważny jest to lot, kto jest na pokładzie. Nie wtrącał się nigdy do zadań pilotów.
Teraz wszystko jest możliwe, każda manipulacja. Tylko międzynarodowa komisja może ustalić prawdziwe przyczyny katastrofy. Niezależni eksperci powinni mieć dostęp do wszystkich dowodów, jakie udało się do tej pory zebrać, zbadać czarne skrzynki i sprawdzić, czy zapisane w nich informacje nie zostały zmanipulowane. Dopóki tego się nie zrobi, dopóki Rosjanie nie udostępnią nam wszystkiego, to będzie można różne rzeczy mówić.

Do momentu ukazania się raportu MAK wierzyła Pani w wyjaśnienie przyczyny tej tragedii?


Miałam nadzieję, że dowiemy się prawdy. Śledziłam informacje na ten temat w prasie i telewizji. Byłam spokojna. Wiedziałam, że do mojego męża nikt nie ma zastrzeżeń. Informacje takie docierały do mnie od ludzi, którzy byli w Moskwie. Od momentu ukazania się raportu MAK nie oglądam telewizji.


Poprzednie fragmenty tej książki
:









Komentarze
#1 | Wincenty Koman dnia 07.12.2011
Panie!

Czas na film fabularny! Od finansowania tego typu przedsięwzięć jest telewizja publiczna. Jako Stowarzyszenie "Arka" mamy podobny proces z telewizją publiczną: www.stoczniagdanska.info
#2 | Wincenty Koman dnia 07.12.2011
Panowie Oficerowie w Górę Przyłbicę!
#3 | Jeden z bandy dnia 06.12.2011
Jakie to upokarzajace,gdy slucha sie Pani Blasik.
Zona Generala,Oficera Wojska Polskiego!
(duze lilery ze wzgledu na szacunek)
Z checia walnalbym wulgarnym slowem co porobilo sie w tej Polsce...!!!
#4 | Artur dnia 05.12.2011
Rzeczywiście książka wygląda bardzo profesjonalnie, jest znakomicie wydana. Poziom zadawanych pytań, jak i odpowiedzi, bardzo wysoki. Gratulacje panie Darku - pozdrawiam
#5 | Wincenty Koman dnia 05.12.2011
Świetny pomysł, oprawa wszystko naj, naj, najlepsze!
I bardzo dobre posunięcie. Jeszcze raz Gratulacje! Tak Panie Trzymajcie!
Dodaj komentarz
Tylko zarejestrowani użytkownicy mogą dodawać komentarze

ZALOGUJ SIĘ aby móc dodać komentarz.

ZAREJESTRUJ SIĘ aby móc dodać komentarz.

Powrót na stronę główną